RSS

Archiwum autora: StaryChemik

Dalekie podróże z e-papierosem – gdzie czai się ryzyko?

Robiąc regularnie przegląd informacji z mediów, trafiłem na ciekawy wpis na Ashtray Blog. Myślę, że warto go tutaj streścić, bo zbliżają się wakacje, a więc pewnie sporo użytkowników EIN wybierze się na bliższe czy dalsze wakacje. Jeśli będziemy podróżować po Europie, raczej nie musimy się spodziewać poważnych problemów związanych z zakazami używania e-fajek. W większości krajów obostrzenia są podobne do naszych. Istnieją jednak miejsca na świecie, gdzie musimy zachować dużą ostrożność.
Pierwszym z nich jest Dubaj. Miasto to jest stolicą emiratu o tej samej nazwie i częścią Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Jest tam jedno z największych lotnisk przesiadkowych – corocznie korzysta z niego już niemal 100 mln pasażerów. Jeśli los was zawiedzie w tamte strony – uważajcie. Znane są przypadki konfiskaty sprzętu na lotnisku, choć formalnie chmurzenie w Dubaju nie jest nielegalne. I nic nie pomoże umieszczenie go w bagażu odprawianym (check-in luggage), ponieważ nie wolno w nim przewozić m.in. akumulatorów i baterii.
Drugim miejscem nieprzyjaznym jest Singapur. Tu zakazane jest kupowanie, posiadanie oraz używanie EIN. Grzywna może wynieść nawet 2 tys. $. Jeśli zdarzy się, że zamieszkacie w Singapurze i będziecie sobie chcieli coś kupić online z zagranicy, problemy mogą być jeszcze większe: grzywna może sięgnąć 10 tys. $, a do tego można wylądować na pół roku w więzieniu.
Kolej na Hong Kong. Paradoksalnie – formalnie część Chin, czyli ojczyzny e-fajek. Tam zakazane jest posiadanie i używanie liquidów zawierających nikotynę. Nikt jednak nawet nie będzie jej badał – po prostu zarekwirują. Z informacji z Ashtray Blog wynika, że karą za przekroczenie przepisów jest grzywna w wysokości 100 tys. dolarów hongkońskich (czyli ponad 12 tys. amerykańskich), a do tego można wylądować na 2 lata w tamtejszym więzieniu, które podobno nie przypomina raczej sanatorium.
Tajlandia jest jednym z krajów, do których wyjeżdżają turyści z Polski. Owszem, możesz na miejscu kupić EIN i używać. Jeśli jednak przyjedziesz tam z własnym EIN i liquidem, możesz mieć poważne problemy. Zgodnie z ich prawem można za to trafić do więzienia nawet na 10 lat.

Na koniec dodam tylko, że przepisy zmieniają się w zasadzie co chwilę. Jeśli więc planujecie jakiś egzotyczny wyjazd, sprawdźcie, co może wam grozić za posiadanie, przywożenie i używanie EIN w miejscu docelowym, ale też w ewentualnych miejscach przesiadkowych. Naprawdę nie warto w tej sytuacji stosować klasycznej filozofii „jakoś to będzie”, bo można się bardzo zdziwić.

Jeśli macie jakieś własne doświadczenia podróżnicze związane z tematem EIN, podzielcie się z czytelnikami.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 

Reklamy
 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 4 Maj 2018 w ogólne

 

Tagi: ,

8 lat

Ani się spostrzegłem, a tu WordPress zasygnalizował mi, że dziś mija 8 lat od pierwszego wpisu na blogu. Czas leci, oj leci. Pora na krótkie podsumowanie. Do tej pory opublikowałem niemal 980 wpisów, które zostały skomentowane prawie 12 tysięcy razy. Statystyki pokazują, że blog zanotował ponad 3,6 miliona odsłon, a stale obserwuje go 561 osób. Myślę, że te dane są naprawdę motywujące do dalszego działania.
Wejścia na blog były z adresów internetowych w 154(!) krajach, w tym tak egzotycznych, jak Surinam, Mauritius, wyspy Fidźi czy nawet Watykan 😉 Na czele, oczywiście poza Polską, jest Wielka Brytania, USA i Niemcy, a poza tym kraje na wszystkich kontynentach (z wyjątkiem centrum Afryki). Jako ciekawostkę mogę dodać, że będąc w zeszłym roku na GFN dowiedziałem się, że przynajmniej kilkanaście osób, które nie znają nawet podstaw polskiego czyta niektóre teksty posługując się automatycznymi translatorami. Podejrzewam, że czasem wychodzi to dość śmiesznie, ale cóż… takie życie.
Jak być może niektórzy zauważyli, w ostatnich dwóch miesiącach wpisów jest mniej. Wynika to z kilku kwestii: po pierwsze nie ma w tym momencie jakichś specjalnych działań legislacyjnych. Unia zrobiła swoje, polski sejm też, a co będzie dalej – nie wiadomo. Dane medyczne i chemiczne spływają oczywiście, ale będę je podsumowywał zbiorczo. Ale podstawową sprawą jest to, że przygotowuję pewien nowy projekt, który wystartuje za mniej więcej 2 miesiące. Na razie niestety nie mogę nic więcej ujawnić, może poza tym, że będzie to coś dla tych, którzy dopiero się zastanawiają nad przejściem na jaśniejszą stronę mocy oraz dla zupełnie początkujących użytkowników EIN. Reszta informacji będzie po czerwcowym GFN. Oczywiście nie zamierzam porzucać bloga, bo mam do niego duży sentyment. Tu będą teraz głównie informacje dla tych, którzy już coś wiedzą na temat chmurzenia.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników. Dobrej majówki – i oby nigdy Wam nie zabrakło energii.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
7 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 30 kwietnia 2018 w ogólne

 

Tagi: ,

Sole nikotyny – o co w tym chodzi?

Od jakiegoś czasu pojawiają się informacje o tym, że niektórzy dystrybutorzy oferują liquidy zawierające zamiast czystej nikotyny jakieś jej sole. Ponieważ także i do mnie trafiały pytania związane z tą sprawą, postanowiłem napisać o tym kilka zdań. Rozpocznijmy od krótkiego wykładu z chemii (tylko, żeby nie bylo tak, ze klasa chodzi po klasie i nie zwraca uwagi na moje uwagi 😉 ).
Z punktu widzenia chemika nikotyna jest alkaloidem będącym połączeniem dwóch pierścieni heterocyklicznych zawierających po jednym atomie azotu. I właśnie azot jest tutaj kluczowy, ponieważ tak się składa, że może on przyłączyć proton (taki wodór z oderwanym elektronem) i utworzyć kation. No a jeśli mamy kation, to gdzieś w pobliżu musi być też anion. A jak jest kation i anion to mamy coś, co nazywamy solą. I może niektórzy z was się zdziwią, ale w naturze nikotyna najczęściej występuje w tej postaci – jako sól, przy czym aniony mogą mieć rozmaitą postać, zależną od tego, jakie związki występują w danej roślinie. Sole alkaloidów, w tym i nikotyny, mają zwykle postać krystaliczną, podczas gdy nikotyna jest cieczą. Aby przekształcić sól w czystą, zasadową nikotynę, traktuje się materiał roślinny jakąś zasadą, zależnie od procesu technologicznego. No i tyle tej chemii jako wprowadzenia.
Na rynek trafiły niedawno liquidy, w których zamiast nikotyny stosuje się jej sól – najczęściej jest to benzoesan nikotyniowy. Nazwa benzoesan powinna być dla czytelników znana – benzoesan sodu stosuje się jako spożywczy środek konserwujący (E 211). No i tu docieramy do podstawowej kwestii – jaki jest sens stosowania soli, skoro nikotyna działa nieźle w formie takiej, w jakiej jest? No cóż, nie znam precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie. Firmy, które oferują liquidy z solami twierdzą, że są one bardziej satysfakcjonujące dla chmurzących. Nie wiem, nie próbowałem.
Co więcej – stosując sól wprowadzamy do organizmu pochodną kwasu benzoesowego. Owszem, benzoesany są w środkach spożywczych, ale przypominam, że tutaj inhalujemy, a więc jest to taka sama sytuacja, jak w przypadku aromatów. Ponadto stężenia soli są znacznie wyższe niż czystej nikotyny – dochodzą do 5% (przypominam – w UE obowiązuje poziom max. 2%, ale oczywiście dotyczy czystej nikotyny). Warto dodać, że firmy sprzedające sole nikotyny odradzają ich stosowanie w EIN o dużej mocy, a także w przypadku grzałek subomowych. Dlaczego? Trudno powiedzieć, bo nic o tym nie piszą. Nadal nie ma konkretnych niezależnych badań dotyczących soli – a nie możemy ekstrapolować wyników dla nikotyny na jej sole.
Niewątpliwą zaletą soli nikotyny jest ich większa trwałość w porównaniu z formą zasadową. Wynika to z faktu, że nie ulegają one zbyt łatwo utlenianiu. Z informacji dostępnych w sieci wynika, że dają one łagodniejszego kopa, ale znowu – nie wiem, nie próbowałem.
Jeśli ktoś z was miał okazję spróbować takich liquidów, niech się podzieli wrażeniami.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu 19 kwietnia 2018 w ogólne

 

Tagi: ,

Emisja nikotyny w zależności od mocy grzałki oraz składu liquidu

No to mamy kolejną publikację polskiego (głównie) zespołu – tym razem panowie postanowili wykonać badanie emisji nikotyny w zależności od mocy grzałki oraz składu liquidu. Wyniki są na tyle ciekawe, że warto je tutaj przedstawić.
Badania prowadzono używając prostego EIN – klasycznego eGo3 Twist. Pozwala on na zmianę napięcia podawanego na grzałkę (2,4 oma) w taki sposób, że uzyskiwana moc mogła być zmieniana skokowo: 4,3W, 6,7W oraz 9,6W. Od razu uprzedzę pytania o dobór sprzętu: wybrano nadal najpopularniejszy i najprostszy sprzęt, ponieważ badania dotyczyły emisji nikotyny, a nie testowania wyrafinowanych modów. Liquidy były kupione w sklepie, we wszystkich przypadkach stosowano moc nikotyny 18 mg/ml. Zmienny był skład nośnika. Badano płyn na czystym PG, czystej glicerynie (VG) oraz mieszaninie 50-50 tych dwóch nośników.
Krótko o wynikach: są dość ciekawe, ponieważ okazało się, że skład nośnika w znaczącym stopniu wpływa na ilość emitowanej nikotyny. W przypadku liquidów opartych na VG wzrost mocy powodował zdecydowane zwiększenie emisji nikotyny – przy 9,6W uzyskiwano jej niemal 3 razy więcej niż dla 4,3W. Dla mieszanki 1:1 efekt ten jest mniejszy – mamy tu dwukrotny wzrost. Liquid oparty na PG bez dodatku gliceryny wykazuje jeszcze mniejszy efekt wydajności, ponieważ wzrost mocy od minimalnej do maksymalnej daje tylko o 50% większą emisję nikotyny.
Jeśli popatrzymy na wyniki „poziomo”, okazuje się, że to właśnie czysty PG najłatwiej oddaje nikotynę. Przy najmniejszej stosowanej mocy jest jej w aerozolu dwa razy więcej niż dla LQ opartego na czystej glicerynie. Te dwa efekty kompensują się w taki sposób, że w przypadku mocy 9,6W ilość emitowanej nikotyny w aerozolu jest bardzo zbliżona.
Całość tego badania jest bardzo ciekawa z fizykochemicznego punktu widzenia. Mamy tutaj działanie dwóch czynników – temperatury oraz lotności liquidu. Przyznam, że byłoby bardzo ciekawe zobaczyć wyniki podobnych badań dla bardziej ekstremalnych warunków – grzałek subomowych i większej mocy/temperatury. Tego typu wyniki byłyby na pewno interesujące z klinicznego punktu widzenia.
Jak widać – badania trwają, a uzyskiwane wyniki pozwalają na formułowanie kolejnych hipotez, które można zweryfikować wyłącznie prowadząc kolejne badania. Miejmy nadzieję, że niebawem o nich usłyszymy.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
7 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 4 kwietnia 2018 w ogólne

 

Tagi: ,

Produkty Heat-not-Burn jednak nie takie idealne?

Jak wiemy, już od jakiegoś czasu można na rynku znaleźć podgrzewacze tytoniu, znane pod ogólną nazwą „heat-not-burn” (podgrzewanie bez spalania). Dla tych, którzy nie spotkali się jeszcze z nimi: jest to w zasadzie nowa wersja produktu, którego idea powstała kilkadziesiąt lat temu. Pod koniec lat 80. XX w. jedna z firm Big Tobacco wypuściła nawet na rynek takie urządzenie o nazwie Premier. W prace badawcze władowano setki milionów dolarów, ale efekt rynkowy był marny, bo użytkownicy narzekali na dziwny smak. Kolejne próby miały miejsce w latach 90., ale też bez wielkich sukcesów.
Dziś też mamy na rynku co najmniej kilka modeli takich urządzeń. Ich działanie polega na podgrzewaniu specjalnej mieszanki składającej się ze zmielonego tytoniu, gliceryny, celulozy, gumy guar oraz dodatków aromatyzujących. Całość jest reklamowana jako alternatywa dla e-papierosów. Producenci pięknie piszą o tym, że tam jest podgrzewanie, nie ma spalania, więc jest to mniej szkodliwe niż palenie tytoniu.
Owszem, teoretycznie jest tak, jak piszą. Problem jednak tkwi w szczegółach. Każdy, kto miał okazję widzieć, jak wygląda wnętrze urządzenia po zużyciu nawet jednego wkładu tytoniowego może zadać sobie pytanie: no dobra, nie spala się, to skąd się bierze czarny nagar na grzałce?
Ano właśnie, właśnie. Gdy zobaczyłem to pierwszy raz w działaniu od razu przyszła mi na myśl piroliza. Jest to zjawisko zwęglania substancji organicznej w przypadku niedostatecznego dostępu tlenu. Jeśli ktoś widział, jak się wyrabia węgiel drzewny, będzie wiedział, w czym rzecz. No a piroliza, choć nie jest spalaniem, jednak powoduje powstanie całego koktajlu rozmaitych substancji, z których wiele jest nieobojętnych dla zdrowia.
To wszystko są oczywiście rozważania stricte teoretyczne. Nauka wymaga, aby mieć w ręku konkretne dowody. No i takie prace właśnie zaczęły się pojawiać. Już w ubiegłym roku krótką pracę opublikowali Szwajcarzy. Okazało się, że w aerozolu znaleziono lotne związki organiczne, wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne (rakotwórcze!) oraz tlenek węgla (taki sam, jak w zwykłych fajkach). Kilka dni temu podobną pracę opublikował zespół z Kalifornii, pracujący pod kierownictwem dr Prue Talbot. W tym przypadku badacze zaobserwowali, że z elementów plastikowych wydziela się cyjanohydryna formaldehydu (glikolonitryl). To pierwsze doniesienie o występowaniu tego związku. Jest on potencjalnie bardzo niebezpieczny, ponieważ dość szybko rozkłada się na formaldehyd oraz cyjanowodór. Napiszę o tym nieco więcej, gdy dostanę odpowiedź od głównej autorki tej publikacji.
Tak czy inaczej – trzeba obserwować doniesienia naukowe z tego frontu. Podejrzewam, że jeszcze niejeden raz zostaniemy zaskoczeni.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 19 marca 2018 w ogólne

 

Tagi: , ,

WAŻNE! Metale ciężkie w aerozolu generowanym w EIN

Już jakiś czas temu pojawiały się informacje o tym, że zarówno w samym liquidzie, jak też w generowanym z niego aerozolu znajdują się pewne ilości metali ciężkich. Przypomnę może, że pojęcie metali ciężkich jest trochę niejednoznaczne. Wszystko zależy od tego, jaką specjalizację reprezentuje osoba omawiająca ten temat. W tym przypadku możemy przyjąć definicję, którą się posługują specjaliści z zakresu medycyny i biologii. Zaliczają oni do metali ciężkich takie pierwiastki, jak rtęć, kadm, ołów, chrom, nikiel itp. Co ciekawe, do metali ciężkich zalicza się często półmetale, takie jak arsen, a także niemetale, takie jak selen. Istotne tutaj są ich właściwości toksyczne. Wiemy oczywiście, że niewielkie ilości chromu, miedzi czy selenu są dla nas korzystne. Problem zaczyna się wtedy, gdy jest ich za dużo (tu jak zawsze kłania się pan Paracelsus).
Zespół badaczy z Johns Hopkins Bloomberg School of Public Health, pracujący wspólnie z kolegami z Austrii i Hiszpanii wykonał serię bardzo ciekawych badań zmierzających do określenia zawartości wybranych metali ciężkich w liquidach do EIN, jak też w aerozolu, który jest generowany w e-papierosie i wchłaniany przez nasze płuca. Już kilka lat temu niektóre zespoły badawcze zwracały uwagę na to, że w aerozolu można wykryć takie metale ciężkie, jak ołów, chrom czy nikiel. Co ważne, te same badania najczęściej pokazywały, że metale te nie były obecne w butelkach z liquidami. A więc źródło metali nie znajduje się w niezbyt czystym liquidzie (choć pewnie niektórzy pamiętają aferę z arsenem sprzed kilku lat na Pomorzu), ale jest nim metal, z którym liquid wchodzi w kontakt w procesie tworzenia aerozolu. To prawda – mamy tam poza żelazem sporo rozmaitych metali – zarówno w samych grzałkach, jak też w lutach. Ciekawy był wybór sprzętu i płynów do analizy – badacze zaprosili po prostu 56 doświadczonych użytkowników wraz z własnym sprzętem i ulubionymi płynami. Analizie poddano płyn pobrany z butelek, aerozol generowany metodą mechaniczną stosowaną już we wcześniejszych badaniach, jak też próbkę płynu pozostającego w zbiorniczku po sesji „sztucznego chmurzenia”. Porównanie wyników dla różnych metali najlepiej widać na rysunku 1 (Figure 1) w linkowanej publikacji. Widzimy wyraźnie, że najmniej metali ciężkich jest w samym płynie – w większości wypadków są to ilości pomijalne. Zawartość metali w aerozolu jest najczęściej kilkadziesiąt razy wyższa. Najciekawsze dane są jednak dla pozostałości w zbiorniczku. Mamy tam zdecydowanie większą ilość metali niż w samym płynie – czasem nawet kilkaset. Uwaga: skala rzędnych na rysunku jest logarytmiczna, a nie liniowa – każda kolejna „kreska” oznacza 10* większe stężenie. Porównanie aerozol/butelka oraz pozostałość/butelka jest pokazana w Tabeli 3. Bardzo ciekawe i ważne dane znajdziemy też w Tabeli 5. Pokazano tam, jak zmienia się stężenie metali w zależności od napięcia (czyli też mocy, zakładając tę samą rezystancję grzałki). Już niewielki wzrost napięcia powoduje spory skok stężenia dla takich metali jak chrom czy nikiel. Myślę, że to też trzeba brać pod uwagę. Zainteresowani wpływem rodzaju metalu, z którego przygotowana jest grzałka, na emisję metali powinni zajrzeć do Tabeli 6. Aha, i jeszcze jedno – okazuje się, że częstsze wymiany grzałek powodują zwiększoną emisję. To akurat nie jest specjalnie zaskakujące – świeższe grzałki łatwiej są trawione. Zaskakujące jest jednak znalezienie arsenu w 10 z 56 próbek. Skąd on się tam bierze, pozostaje tajemnicą.
Reasumując: dobrze, że badania są prowadzone. Nie możemy chować głowy w piasek i udawać, że wszystko jest OK. Pamiętacie, że obiecywałem przekazywanie wszelkich informacji – zarówno tych pozytywnych, jak też negatywnych. Jednakowoż te wyniki nie są akurat specjalnie dramatyczne. Owszem, przekraczają w niektórych przypadkach normy, ale nie są to przekroczenia znaczne. Podejrzewam, że znacznie więcej metali ciężkich (szczególnie ołowiu) wdychamy w naszych zanieczyszczonych miastach. Niemniej te wszystkie wyniki powinny być dla konstruktorów EIN impulsem do dalszych prac badawczo-rozwojowych. Bo tak naprawdę w naszych e-fajkach nie potrzebujemy odtwarzaczy muzyki, kolorowych wyświetlaczy czy innych ciekawostek. Najistotniejszą sprawą jest zdrowie, czyli generowanie aerozolu jak najmniej zanieczyszczonego wszelakimi niezdrowymi pierwiastkami i związkami. Mam też nadzieję, że badania dotyczące zawartości metali ciężkich w aerozolu będą kontynuowane także przez inne grupy badawcze. Im więcej danych z różnych ośrodków będzie można porównać, tym lepiej, szczególnie jeśli będą one uzyskiwane przy użyciu innej metodyki badawczej. Byłoby też ciekawe oznaczenie zawartości metali ciężkich w krwi i osoczu i porównanie tych danych z wynikami ludzi, którzy nie używają EIN. Ot, tak sobie marzę.
Na koniec przypomnę jeszcze raz – używanie EIN to nie zabawa, a e-fajki, jakkolwiek znacznie mniej szkodliwe niż konwencjonalne papierosy, nie są zdrowe. Są tylko (i aż) znacznie mniej szkodliwe. Pamiętajmy o tym i przekazujmy takie informacje innym.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
20 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 25 lutego 2018 w ogólne

 

Tagi: , ,

Dziwaczny pomysł elektronicznego giganta

Pewna wielka chińska firma elektroniczna (nazwy tu nie wymienię, bo nie chcę robić reklamy), znana na świecie z produkcji smartfonów oraz innej elektroniki użytkowej, postanowiła rzucić na rynek własny model EIN. W sumie nie jest to temat na wielki news, ponieważ takich premier w ciągu roku są setki. Do tego jest to klasyczna jednorazówka (do tego z archaicznym systemem podciśnieniowym), co może w sumie trochę dziwić. Producent twierdzi, że da się na tym zrobić 500 zaciągnięć, co przy cenie 30$/szt. daje 0,20 zł za jedno zaciągnięcie. Sporo.
Ale ja chciałem napisać o czymś innym, a mianowicie o tym, co podobno jest w składzie liquidu.
Najpierw może parę słów o tym, czego nie ma. Nie udało mi się znaleźć nigdzie informacji o tym, czy liquid zawiera nikotynę. Można więc uznać, że to jest typowa zerówka. Rozśmieszyło mnie za to stwierdzenie, że „zawiera zero kalorii”. No proszę – nowość! Dietetyczny e-fajek. Niestety, dalej już jest co najmniej dziwnie. Liquid zawiera kolagen. Poważnie? Po co? Kolagen jest białkiem, które ulega denaturacji w 60 stopniach, a więc w aerozolu będą z niego tylko szczątki. Dalej jest jeszcze gorzej – witaminy, w tym takie, które nie rozpuszczają się w wodzie i glikolu, a tylko w tzw. substancjach niepolarnych, jak np. oleje. Mowa o wit. A oraz E. One też są do tego niestabilne termicznie, a mają przejść przez grzałkę o temp. >200 stopni. To samo dotyczy zresztą witamin rozpuszczalnych w wodzie, które niby tam są – czyli wit. C, B6 i B12. No i wisienka na torcie – koenzym Q10. Pełni niesamowicie ważne funkcje w naszym organizmie (oddychanie komórkowe w mitochondriach), ale… on także rozkłada się poniżej 100 stopni.
Jestem bardzo ciekawy, co się znajduje we wdychanym koktajlu aerozolowym, zwłaszcza, że firma pisze nieco enigmatycznie o innych składnikach . Rozkład (piroliza i częściowe utlenianie) tych wszystkich wymienionych związków daje setki produktów. Obawiam się, ze mieszanina raczej nie będzie obojętna dla zdrowia – cokolwiek napiszą w materiałach reklamowych. I wątpię, że firma robiła jakiekolwiek badania generowanego aerozolu. A szkoda, bo wyniki mogłyby być wielce ciekawe – dla nas, ale chyba nie dla producenta.
Reasumując – dziwny ruch firmy. Nie widzę sensu, natomiast widzę zagrożenia. Zbyt wiele pytań, za mało informacji.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
10 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 12 lutego 2018 w ogólne