RSS

Archiwa tagu: praktyka

WAŻNE! Używanie e-papierosów w czasie ciąży i karmienia

Obiecałem napisać kilka słów na temat, który co jakiś czas pojawia się w pytaniach, a mianowicie o tym, co z kobietami w ciąży w aspekcie problemów z rzucaniem palenia. Większość z nas wie, jak ciężko jest rzucić papierosy. Ten sam problem dotyczy oczywiście kobiet w ciąży. I nie przekonuje mnie argument, że jest im łatwiej, bo mają wielką motywację – zdrowie mającego się narodzić dziecka. Owszem, w niektórych przypadkach to działa, ale siła nałogu jest najczęściej zbyt wielka. Niektóre panie próbują używać środków nazywanych nikotynową terapią zastępczą (NTZ), ale niestety ich skuteczność jest nikła. Co więc robić?
Tym właśnie tematem zajęła się ostatnio prof. Linda Bauld z uniwersytetu w Stirling (Wielka Brytania). Linda jest od lat zainteresowana tematem walki z paleniem, a od kilku lat zajmuje się wprost EIN, a przede wszystkim propagowaniem ich jako środka wspomagającego rzucanie palenia tytoniu. I tu właściwie powinienem westchnąć głęboko, bo mam porównanie, jak te sprawy wyglądają w Wielkiej Brytanii, a jak w Polsce. Powiem tylko, że nie ma tam większego problemu z uzyskaniem rządowych grantów naukowych na badania związane z EIN. Wyobrażacie sobie coś takiego u nas?
Ale wracam do tematu. Na GFN Linda przedstawiała prezentację „E-papierosy w trakcie ciąży: co wiemy dzisiaj?”. Myślę, że warto zapoznać się z Jej wykładem – można go znaleźć tutaj w postaci pliku PDF. Streszczę go tutaj w kilku słowach. Palenie ma istotny negatywny wpływ na rozwój płodu, o czym nie trzeba przekonywać. No ale co z samą nikotyną? Jak ona wpływa na dziecko? No i właśnie tabela na slajdzie #6 pokazuje, że stosowanie NRT (plastry, gumy) praktycznie nie ma wpływu na problemy zdrowotne dzieci. Można więc z pewnym stopniem ostrożności stwierdzić, że nikotyna jest w sumie OK. To otwiera furtkę do stosowania innej formy przyjmowania tego alkaloidu, czyli EIN. Z tego właśnie wynika rekomendacja dla osób zajmujących się doradztwem zdrowotnym (slajd 8): informujcie, że istnieją produkty, które nie są zatwierdzone przez władze (u nich MHRA), a więc do końca nie znamy ich efektywności. Poinformujcie ich też, że jest duża szansa, że te produkty są mniej szkodliwe niż palenie tytoniu.
OK, to bardzo ostrożny przekaz. Ale taki przekaz jest – informujcie, że są e-fajki. Mówcie o tym ciężarnym, bo najważniejsze jest to, aby rzuciły palenie. Tylko tyle i aż tyle. A jeszcze w tym roku rozpocznie się duże badanie porównawcze – EIN contra NTZ. Będzie w nich uczestniczyć ponad 1000 ciężarnych, podzielonych na dwie równe grupy. Na wyniki będzie trzeba poczekać, ale ważne, że badania są i będą.
Linda pokazała też ulotkę, która już jest rozprowadzana wśród położnych w Wielkiej Brytanii. Po wykładzie poszedłem dłużej porozmawiać na te tematy. Dowiedziałem się, że ulotka będzie tłumaczona na wiele języków, w tym też na polski (wiadomo dlaczego 😉 ). Poproszono mnie o to, abym skonsultował polską wersję, bo tłumaczyć będzie zapewne ktoś, kto nie jest specem od EIN. No i fajnie. Tylko pozazdrościć ciężarnym w Wielkiej Brytanii. Nie wierzę, że Radziwiłł byłby w stanie taką ulotkę wydać nakładem ministerstwa. Ale zobaczymy, może znajdziemy inne sposoby. Bo przecież to jest walka o zdrowie dzieciaków, a to powinno być poza wszelką dyskusją.
Generalnie przekaz Lindy do polskich dziewczyn ciężarnych jest prosty: rzućcie palenie. Jeśli nie dacie rady zrobić tego bez wspomagania, używajcie NTZ albo EIN – są w zasadzie równocenne. Spytałem Ją też o kwestie związane z karmieniem piersią. Powiedziała, że jest to sprawa kluczowa dla noworodka, więc można nadal używać EIN, bo ilość nikotyny i jej metabolitów, którą przyjmie dziecko z mlekiem matki jest praktycznie zaniedbywalna i nie będzie miała wpływu na rozwój dziecka. Dodała tylko, aby nie używać EIN w chwili, gdy się karmi – na wszelki wypadek.
Myślę, że to bardzo ważny przekaz. Od dawna dostawałem pytania na ten temat, ale nie chciałem dawać jednoznacznych odpowiedzi, ponieważ brak było podstaw naukowych. Teraz, jak widać, są. Możecie więc tę informację rozpowszechniać.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

Reklamy
 
6 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 27 czerwca 2017 w ogólne

 

Tagi: , , , ,

9 miesięcy temu weszła w życie wiadoma ustawa… i tyle

8 wrześnie, a więc praktycznie 9 miesięcy temu weszła w życie nowelizacja ustawy antytytoniowej, będąca de facto implementacją niesławnej unijnej Dyrektywy Tytoniowej. Z tej okazji chciałem podzielić się z Wami kilkoma refleksjami.
Cóż się istotnego stało w ciągu tych 9 miesięcy? Zapewne sami zobaczyliście, że już jesienią zniknęło sporo mniejszych firm, które do tej pory oferowały swoje towary przez sieć. To zostało wycięte od razu, 8 września 2016. W zasadzie pozostało na rynku kilku/nastu dużych graczy, w tym ten największy, który nie musi się martwić o żadne sprawy. Stać go bowiem na rejestrację takiej liczby produktów, jaką tylko będzie chciał. Ma rozległą sieć punktów sprzedaży, więc na pewno spora część ludzi, którzy dotąd zamawiali sprzęt czy płyny od innych dostawców przeszła do nich. Na zakazie sprzedaży internetowej skorzystały jak najbardziej firmy chińskie, ponieważ wielu ludzi nadal sobie zamawia różne produkty zdalnie z Azji. Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale nie słyszałem o jakichś masowych akcjach przejmowania takich przesyłek.
Drugi etap wdrażania ustawy rozpoczął się 20 maja br. Od tego dnia można oferować na rynku tylko sprzęt zarejestrowany w urzędzie, a do tego zniknęły ze sprzedaży pojemniki o pojemności większej niż 10 ml. To akurat było opisane w ustawie wprost. Niejednoznaczna jest jednak kwestia pojemności zbiorniczków w sprzęcie. Na listach Inspektora ds. Substancji Chemicznych zgłoszono też większe niż 2 ml, więc ktoś chyba musiał to zaakceptować. I znowu życie pokaże jak to wszystko wygląda w praktyce. Ja nadal twierdzę, że limit 2 ml dotyczy tylko sprzętu jednorazowego. Ale zostawmy to, życie pokaże.
Mnie zastanawia inna rzecz. Opowiadano, że to wszystko ma być dla naszego zdrowia i bezpieczeństwa. Zakładałem, że w takim razie powstanie jakiś system, w ramach którego będą się odbywały choćby losowe badania liquidów dostępnych na rynku. I co? I nico! Tu znowu poproszę Was o informacje, czy ktoś o czymś takim słyszał. Mam wrażenie, że tak naprawdę nikomu na tym nie zależy. A miało być tak pięknie, nowocześnie i zdrowo…
Reasumując: utrudniono kwestie dostępu, generuje się tony odpadów, bo pustych butelek będzie wielokrotnie więcej niż kiedyś. Zero działań na korzyść konsumentów. Ludzie kupują sobie liquidy z Chin – czy ktoś ma pojęcie, jaka jest ich jakość? Wątpię. Wiem o tym, że zdarzają się desperaci, którzy zamawiają z Chin czystą (chłe chłe) nikotynę, żeby samemu sobie szykować bazy do liquidów. Jestem ciekawy kiedy dowiemy się o pierwszych przypadkach rozwalenia paczek, wycieku i zatrucia. Bo przecież biedni listonosze i kurierzy nie wiedzą jakie chemiczne bomby przewożą. Ale panowie ministrowie są szczęśliwi – wprowadzili dyrektywę, odfajkowali problem, a teraz mogą zająć się ustawą o zakazie solariów dla dzieci.
Ktoś może napisać: no, chemiku stary, a spodziewałeś się może, że teraz to będzie dobrze? Nie, nie spodziewałem się, bo już za długo na tym świecie żyję i wiem, jak to wszystko wygląda. Ja tylko opisuję stan faktyczny na początek czerwca 2017. I co jakiś czas będę opisywał to, co się będzie działo. Taka jest rola kronikarza.
A teraz powoli szykuję się do wyjazdu na GFN w przyszłym tygodniu. Trzy dni bardzo intensywnej pracy, zapewne wiele ciekawych spotkań z ludźmi, którzy naprawdę są zainteresowani tą tematyką. Lekarze, chemicy, specjaliści ochrony zdrowia. Kilkuset ludzi, kilkadziesiąt krajów. Dowiedziałem się właśnie, że jest spore zainteresowanie mediów światowych (podobnie zresztą, jak to było rok temu, gdy byli tu dziennikarze nawet z Singapuru, Filipin czy Kazachstanu). Jestem ciekawy czy pojawią się ludzie z polskich mediów. Zaproszenia zostały wysłane, podobnie jak do przedstawicieli władz. Pożyjemy zobaczymy.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
21 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 6 czerwca 2017 w ogólne

 

Tagi: , , ,

Liquidy i dzieci – apeluję o rozwagę!

Dotarła do mnie właśnie kolejna publikacja, w której opisano przypadek zatrucia dziecka nikotyną pochodzącą z liquidu. Nie będę wchodził w szczegóły medyczne, ale warto wiedzieć, co się tam (tzn. dokładnie mówiąc w Korei Południowej) zdarzyło. Otóż, jak głosi tekst artykułu, 15-miesięczna dziewczynka „przypadkowo połknęła 5 ml liquidu o stężeniu nikotyny 10 mg/ml”. Nie wiadomo dokładnie, jak to się stało – jest tam tylko informacja, że liquid został pomylony z lekiem na przeziębienie. Domyślam się, że była to pomyłka osoby dorosłej, bo nie bardzo sobie wyobrażam, że dziecko, które ma trochę ponad rok otwiera buteleczkę LQ i połyka połowę jej zawartości, bo myśli, że to lekarstwo. Prawdą jest, że butelki są dość podobne (w publikacji są zdjęcia), ale… no właśnie – ludzie, trzeba myśleć.
Kto normalny zostawia LQ byle gdzie? Kto normalny nie sprawdza (trzy razy!) lekarstwa, które ma właśnie podać dziecku?
Efektem podania tej ilości nikotyny (50 mg – dawka zabójcza dla dziecka!) były wymioty – to akurat było dobre, bo organizm pozbył się części trucizny. Niestety, chwilę później dziewczynka straciła przytomność i nie było z nią kontaktu. Rodzice zadzwonili po pomoc. Zespół ratowników zastał dziecko z zatrzymaną akcją serca, podjął czynności resuscytacyjne, a dziecko zostało zaintubowane. Po 40 minutach przywrócono pracę serca, ale dziecko nadal nie reagowało na otoczenie. Podano leki podwyższające ciśnienie tętnicze i wykonano skan mózgu, który wykazał silny obrzęk. Badanie EEG ujawniło istotne dysfunkcje mózgu. Podjęto próby intensywnego leczenia, ale były one nieskuteczne.  W 43 dniu pobytu w szpitalu stwierdzona została śmierć mózgowa, a następnego dnia dziewczynkę odłączono od aparatury podtrzymującej życie.

To kolejny przypadek zatrucia dziecka nikotyną z liquidu. Owszem, zdaję sobie sprawę, że są to przypadki rzadkie, a nawet bardzo rzadkie. Ale kolejny raz apeluję – ludzie, pamiętajcie, że liquid to trucizna. Nie może znajdować się w zasięgu rąk dziecka. Odstawiajmy go w jakieś konkretne miejsce umieszczone na tyle wysoko, aby dziecko nie mogło do niego dosięgnąć. Nie bądźmy leniwi – lepiej przejść kilka kroków po buteleczkę niż potem płakać nad czyimś grobem. Stara angielska maksyma mówi „better safe than sorry”. Trzymajmy się tego.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
37 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 16 lutego 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Kilka zdań o bezpieczeństwie akumulatorów do EIN

Od jakiegoś czasu możemy w mediach zobaczyć efekty braku ostrożności przy użytkowaniu akumulatorów litowo-jonowych, czyli takich jakie najczęściej są stosowane w EIN. Oczywiście znacząca większość artykułów ma tytuły sformułowane tak, jakby to sam e-fajek był niebezpieczny, mógł eksplodować itp. Tymczasem dotyczy to dowolnego sprzętu zasilanego akumulatorami Li-ion. Wiemy, że wybuchają akumulatory w laptopach, telefonach komórkowych czy zabawkach dziecięcych. Nikt jednak nie tytułuje informacji o takich zdarzeniach tekstami typu: niebezpieczne komórki.
Jak to się dzieje, że akumulatory bardzo efektownie eksplodują? W warunkach normalnej eksploatacji nic złego się nie dzieje, ale jeśli dojdzie do zwarcia, energia zgromadzona w akumulatorze zostaje w sposób gwałtowny uwolniona, czego skutkiem może nawet być wybuch. Ma on miejsce wtedy, gdy temperatura wewnątrz akumulatora wzrośnie powyżej 150 stopni. W takiej sytuacji to wszystko, co jest w środku, staje się niestabilne termicznie i dochodzi do serii niepożądanych reakcji chemicznych, których efektem jest uwolnienie w bardzo krótkim czasie sporych ilości gazów. Nie znajdują one ujścia, a więc rośnie ciśnienie, no a dalszy ciąg można sobie wyobrazić. Jeśli temperatura zdąży wzrosnąć do 500 stopni, wybuch będzie połączony z zapłonem. Efekty można obejrzeć w mediach, w tym na YouTube.
No dobrze – jak w takim razie ustrzec się takich nieszczęść? Wystarczy stosować się do kilku podstawowych rad. Traktujmy akumulatory jako sprzęt, o który musimy dbać. Nie wolno ich nosić ot tak luzem, w kieszeni – razem z kluczami, monetami czy innymi rzeczami metalowymi. Jeśli już nosimy z sobą zapasowe akumulatory, zadbajmy o to, aby były one w jakimś opakowaniu, najlepiej plastikowym. Odżałujmy te kilka złotych, bo późniejszy przeszczep skóry będzie kosztował znacznie więcej. Akumulatory mają zawsze osłonę plastikową. Absolutnie nie wolno jej ściągać. Jeśli osłona w jakiś sposób się uszkodzi, trzeba zadbać, aby to naprawić. W żadnym wypadku nie wolno akumulatorów (ani innych podobnych elementów, np. baterii) ogrzewać. Wiem, że zdarzają się przypadki ludzi bez wyobraźni, którym się wydaje, że w ten sposób akumulator odzyska nieco energii.
Jeszcze jedna istotna sprawa – wielu ludzi bardzo szybko zaczyna eksperymentować z tzw. modami mechanicznymi i grzałkami o bardzo niskiej oporności. Ludzie kochani – jeśli naprawdę nie wiecie, o co w tym wszystkim chodzi, odpuśćcie – w trosce o własne zdrowie. Tymczasem w sieci spotyka się „specuf”, którzy nie rozróżniają woltów od watów, o prawie Ohma uczyli się kiedyś tam w szkole, ale już zapomnieli, nie wiedzą też co to jest moc czy wydajność prądowa ogniwa, ale zabierają się za konstrukcję własnych urządzeń. To pierwszy krok do nieszczęścia. I żeby nie było, że nie ostrzegałem!

Na koniec – pamiętajmy też, aby nie wyrzucać zużytych akumulatorów do zwykłych śmieci. I nie chodzi tu tylko o zanieczyszczenie środowiska, ale o to, że można komuś zrobić krzywdę. W wielu miejscach znajdziemy pojemniki na zużyty sprzęt tego typu – ale i tam wyrzućmy je przynajmniej opakowane w woreczek foliowy.

Jeśli ktoś jest zainteresowany bezpieczeństwem akumulatorów i chciałby się dowiedzieć więcej, polecam zajrzeć na tę stronę. To prawdziwa kopalnia wiedzy o tematach związanych z akumulatorami, bateriami itp.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
10 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 25 stycznia 2017 w ogólne

 

Tagi:

Formaldehyd, acetaldehyd, akroleina – kolejna ważna publikacja

Jak można było się domyślać, prace związane z badaniami emisji związków karbonylowych, takich jak formaldehyd, acetaldehyd i inne, są prowadzone w różnych ośrodkach naukowych, a efekty co jakiś czas są widoczne w formie ciekawych publikacji.
Praca, którą chcę dziś omówić, powstała przy współpracy Pennsylvania State University oraz laboratorium Enthalpy Analytical (USA). Pamiętacie zapewne wcześniejsze doniesienia dotyczące sporych ilości formaldehydu znalezionego w aerozolu emitowanym z e-papierosów. Wielu komentatorów zauważało wtedy, że badania prowadzono na starym technologicznie sprzęcie, do tego stosując wartości mocy, których żaden realny użytkownik nawet nie próbuje stosować. Dlatego też cieszę się, że w pracy Kistlera mamy zestawiony stary sprzęt, a konkretnie atomizer typu CE4 z innymi – znacznie nowszymi modelami parowników, takimi jak Protank, Gladius, Nautilus i SubTank. Baterię dla czterech modeli stanowił iTaste VV4, SubTank był zasilany baterią z modułem DNA40.
Nie wchodzę w szczegóły, bo nie mają znaczenia. Rzućcie okiem od razu na tabelę nr 2. Tam w zasadzie jest wszystko, co istotne – warto się tym wynikom naprawdę dobrze przyjrzeć. Widać bowiem wyraźnie, że atomizer CE4 zdecydowanie odstaje od całej reszty, generując w wielu wypadkach kilkadziesiąt razy(!) więcej związków karbonylowych: formaldehydu, acetaldehydu oraz akroleiny. Z drugiej strony – nowsze generacje parowników produkują najczęściej sporą ilość aerozolu. Np. SubTank przy najwyższej mocy (25 W) produkuje 28 mg aerozolu przy jednym zaciągnięciu, podczas gdy Nautilus przy 5,6 W generuje tylko 1,5 mg chmurki. To jest przy okazji odpowiedź na wątpliwości niektórych chmurzących co do ilości zużywanego liquidu.
Ciekawe dane są także w tabeli 4. Badacze policzyli, jakie ilości związków karbonylowych wchłania użytkownik dziennie stosując 3 gramy (czyli praktycznie 3 ml) liquidu dziennie. Widać tam wyraźnie, że wraz z postępem technologicznym, zdecydowanie zmniejsza się ilość produkowanych „złych” związków. Aha, żeby nie było wątpliwości (to głównie dla tych, którzy lubią się doszukiwać sensacji i zagrożeń) – ilości wchłanianych karbonyli nadal jest mniejsza niż dopuszczalna przez restrykcyjne amerykańskie przepisy w środowisku pracy. Aby przyjąć maksymalną dopuszczalną ilość formaldehydu, trzeba by przez SubTanka przepuścić dziennie 400(!) ml liquidu.
I jeszcze jedna sprawa – atomizer CE4 jest górnogrzałkowcem, pozostałe mają grzałki na dole. Widać wyraźnie, że położenie grzałki ma znaczący wpływ na rodzaj tworzonych związków. Myślę, że warto, aby kolejni badacze przyjrzeli się tej sprawie.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu 26 lutego 2016 w ogólne

 

Tagi: , , ,

Niklowe = nieklawe? Niebezpieczny tytan? Kilka zdań o materiałach na grzałki

STRESZCZENIE (bo całość jest długa)
Materiał na grzałki to zwykle stal nierdzewna (SS), czyli stopy żelaza, niklu, chromu i innych metali albo chromonikielina. Ostatnio popularny jest też drut niklowy i tytanowy. Nie ma zbyt wiele informacji dotyczących działania tych metali na organizmy chmurzących – i wiele lat ich nie będzie. Wiemy, że ilości tych pierwiastków w aerozolu są znikome. Nikiel może powodować alergie, więc trzeba do niego podchodzić ostrożnie. Tytan jest bezpieczniejszy. SS też jest bezpieczniejsza niż czysty nikiel. Warto rozsądnie podchodzić do wyżarzania – na pewno nie warto wygrzewać celem oczyszczenia z nagaru. Jak będą nowe wieści na temat metali w chmurce czy też oddziaływania na zdrowie, podzielę się nimi.

Jeszcze niedawno użytkownicy e-fajek nie zastanawiali się specjalnie nad materiałem, z którego są wykonywane grzałki. One po prostu sobie były, wykonywało się czasami mycie lub przepalanie, zwane też wyżarzaniem. I wszystko było OK. Potem zaczęła się era własnoręcznego kręcenia zwojów z rozmaitych drutów i coraz częściej zaczęły się pojawiać takie nazwy jak kantal, stal nierdzewna (SS – stainless steel), nikiel, tytan. I wtedy zaczęły się pytania i niekończące się dyskusje dotyczące wpływu tych materiałów na zdrowie.
Przyznam, że niektórym z tych dyskusji przyglądałem się z szeroko otwartymi oczami, ponieważ sporo ludzi w swoich komentarzach wykazuje kompletne niezrozumienie podstaw chemii. OK, ja rozumiem, że można się na tym nie znać, ale… na Swarożyca! – czy trzeba lecieć klasyczną metodą „nie znam się, dlatego się wypowiem”?
Zacznijmy od samego początku. Grzałka elektryczna, jak sama nazwa wskazuje, służy do ogrzewania. Musi być zrobiona z materiału przewodzącego prąd. Zwykle do produkcji grzałek wykorzystuje się drut oporowy. Dwoma typowymi materiałami na takie druty są kanthal oraz chromonikielina. Pierwszy z nich to stop żelaza (ok. 70%) i chromu (ok. 20%) z niewielkim dodatkiem glinu (Al), kobaltu (Co) i innych pierwiastków. Drugi, jak sama nazwa wskazuje, składa się z niklu (60-85%). Z kolei stal nierdzewna (SS, INOX) poza żelazem zawiera zawsze chrom, często też nikiel, molibden, wanad oraz inne dodatki. Grzałki niklowe są oczywiście wykonane z niklu, a tytanowe z tytanu.
I właśnie nikiel jest tym pierwiastkiem, który budzi największe wątpliwości. Jest to metal przejściowy, dość odporny na działanie różnych chemikaliów, praktycznie nie ulegający korozji. Powszechnie wiadomo, że metal ten może powodować uczulenia, głównie kontaktowe. Wiedzą o tym szczególnie kobiety, ponieważ spotyka się sporo uczuleń na nikiel w biżuterii. Ba, nawet niewielka ilość niklu, taka jak w stalowej kopercie zegarka czy kolczykach może wywołać na skórze zaczerwienienie i wysypkę. Nic więc dziwnego, że w 2008 nikiel otrzymał tytuł „Alergena roku”. Co ciekawe – jest to pierwiastek niezbędny w niewielkich ilościach w organizmach żywych, ponieważ stanowi istotny element niektórych enzymów.
Niektórzy chmurzący mogą być uczuleni na nikiel. Znany jest mi przypadek kobiety, która miała szczególnie silną alergię. Nie dość, że nie mogła stosować ustników niklowanych, to nawet minimalna ilość Ni w grzałkach powodowała u niej puchnięcie ust. Nawet krany w domu musiała mieć z metalu niepokrytego niklem. No i ze względu na tę alergię musiała niestety rzucić e-fajki. Czy jednak nikiel jest groźny dla wszystkich użytkowników e-fajek? Myślę, że nie należy z tym przesadzać. Nadal uważam, że wyżarzanie grzałek w celu pozbycia się ciemnego nagaru jest bez sensu, ale to głównie ze względu na nieznane substancje organiczne, które tam mogą się znajdować. Oczywiście nie należy też bawić się we wdychanie tego, co się wydziela z własnoręcznie kręconych grzałek, gdy się je próbuje na sucho. Grzałka w e-p służy do podgrzewania liquidu – i tego się trzymajmy.
Oczywiście nie wiemy, jak na zdrowie chmurzących mogą wpływać mikrogramowe ilości niklu przyjmowane drogą wziewną. Wiemy, że takie ilości znajdują się w generowanym aerozolu, chociaż nadal mamy niewiele badań na ten temat. Liczę na to, że w tym roku pojawią się jakieś nowe prace. Jak na razie możemy się opierać na analizie wykonanej przez Farsalinosa. Stwierdza on, że z dotychczasowych danych nie wynika, aby metale ciężkie, w tym nikiel czy chrom, mogły stanowić istotne zagrożenie dla zdrowia. Warto pamiętać, że Konstantinos zawsze podkreśla, że warto unikać każdego zagrożenia, które można uniknąć. Dlatego też ludzie, którzy nie palili analogów, nie powinni się brać za e-fajki.
Innym materiałem stosowanym do wyrobu grzałek jest tytan. To także metal przejściowy, dość lekki, znany z wyjątkowej odporności mechanicznej i całkiem dobrej chemicznej. Stosuje się go w medycynie, m.in. do w produkcji nowoczesnych endoprotez. Sam metal jest bardzo dobrze tolerowany przez organizm człowieka. Inaczej wygląda sytuacja z tlenkami tego metalu. Wiemy, że dwutlenek tytanu (TiO2) jest podejrzewany o właściwości rakotwórcze. Dotyczy to przede wszystkim tego związku inhalowanego w formie pyłu. Nadal jednak jest to tylko podejrzenie (possibly carcinogenic) – brak jest jednoznacznych dowodów.
Jak dotychczas nie stwierdzono jednak, aby był on szkodliwy podczas przyjmowania drogą pokarmową. Jest on zresztą dopuszczony jako biały barwnik do użycia w przemyśle spożywczym (E 171).
Jeśli drut tytanowy jest używany do produkcji grzałek, warto zadbać o to, aby go nie przegrzewać. Utlenianie przebiega najlepiej w temperaturze powyżej 280 stopni. Co ciekawe – jeśli wyżarzymy go powyżej 580 stopni, zewnętrzna warstwa dwutlenku tytanu ulegnie redukcji do czystego metalu.(PDF w jęz. ang.) Wydaje się więc rozsądne, aby temperaturę grzałek tytanowych utrzymywać mocno poniżej 280 stopni, ale z kolei wyżarzanie nie powinno zaszkodzić, a raczej – paradoksalnie – pomóc pozbyć się warstwy TiO2.
Czy w takim razie powinno się używać tytanu do produkcji grzałek? HA! Sam chciałbym wiedzieć. Podejrzewam, że nie dowiemy się tego wcześniej niż za 100 lat.
A jeśli zastanawiacie się nad mikro- czy nawet pikogramowymi ilościami jakichś substancji, które mogą się znaleźć w chmurce, a w efekcie – w płucach, to przypomnijcie sobie czasy, gdy paliliście analogi, wiedząc, że są rakotwórcze i toksyczne. Chcecie się pozbyć wszystkich substancji trujących i kancerogennych? Przykro mi – w XXI wieku to już nie jest możliwe. Wystarczy, że zaczerpniecie powietrza, a już będziecie je w sobie mieć. Smacznego.

I jeszcze jedna uwaga na koniec (dzięki za sugestię dotyczącą tego akapitu, Ricc!). Jeśli szykujecie grzałki, starajcie się zachować przy tym czystość. Każdy drut, niezależnie od materiału, z którego jest wykonany jest po prostu brudny. Jeśli chcecie się o tym przekonać, przeciągnijcie owinięty w białą chusteczkę kawałek przez ściśnięte palce – zobaczycie co na niej zostanie. Dlatego też zanim będziecie kręcić grzałkę, wyczyśćcie sobie odpowiednią porcję drutu. Odżałujcie nieco spirytusu (spożywczego, a nie salicylowego czy kamforowego), namoczcie nim delikatnie jakąś szmatkę i przeciągnijcie przez nią ten kawałek. Nie muszę chyba dodawać, że wcześniej trzeba umyć ręce.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
21 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 23 stycznia 2016 w ogólne

 

Tagi: , ,

Nie idźcie tą drogą! Komentarz o barwieniu liquidów

Z dużym przerażeniem czytam docierające do mnie informacje o tym, że wielu ludzi, szczególnie bardzo młodych eksperymentuje z dodawaniem do liquidów rozmaitych barwników. Próbuję zrozumieć sens takiego działania, ale nijak mi się nie udaje. Domyślam się, że chodzi li tylko o lans, szpan, popis – jakkolwiek by to nazwać. O, patrzcie – mam fioletowy lq w baniaczku. A ja mam różowy. A ja zmieszałem niebieski z żółtym i mam zielony.
Jeśli ktoś nieśmiało zwróci uwagę takiemu gimbusowi (uwaga – to jest określenie stanu umysłu, niekoniecznie wieku), w odpowiedzi często słyszy: no ale to jest przecież barwnik spożywczy, więc nic złego się nie może stać.
Nic bardziej mylnego! Wielokrotnie pisałem, że substancje barwiące to albo pochodne metali ciężkich albo też (częściej) mniej lub bardziej złożone związki organiczne. O metalach ciężkich pisać nie będę – chyba jest dość jasne, że ich wdychanie nie jest szczególnie zdrowe. Odniosę się tylko do tych związków organicznych. Muszą one zawierać w składzie tzw. chromofory, czyli ugrupowania „niosące barwę”, a często dodatkowo tzw. auksochromy, czyli grupy wzmacniające i modyfikujące barwę. Czerwony barwnik zwany koszenilą albo kwasem karminowym to chemicznie rzecz biorąc kwas 3,5,6,8-tetrahydroksy-1-metylo-9,10-diokso-7-((3R,4R,5S,6R)-3,4,5-trihydroksy-6-(hydroksymetylo)tetrahydro-2H-pyran-2-ylo)-9,10-dihydroantraceno-2-karboksylowy. Już sama nazwa robi wrażenie, prawda? A jeśli dodamy, że rozkłada się on w temperaturze 136 stopni, to możemy być pewni, że w naszych płucach zagości cały koktajl produktów rozpadu tego związku plus sporo dodatków wynikających z reakcji wtórnych. I już w zasadzie niewielkie znaczenie ma to, że koszenilę pozyskuje się ze zmielonych odwłoków pewnego gatunku pluskwiaków. Smacznego 😉
Inne barwniki są w większości syntetyczne, wiele z nich jest podejrzewanych o niezbyt miłe działanie – np. powodujące alergie czy nawet wspomagające powstawanie lub rozwój nowotworów. Owszem, wiele tych związków jest dopuszczonych do stosowania w przemyśle spożywczym, ale dotyczy to tylko przyjmowania ich drogą pokarmową, a nie inhalacyjną. Skrótowo mówiąc – nie ta rurka.
Każdy ze związków stosowanych do barwienia prędzej czy później trafia na grzałkę, gdzie w większości przypadków ulega rozkładowi i/albo wtórnym reakcjom. Zapewne w wielu wypadkach widzieliście nagar na grzałkach – tam właśnie się odkładają tego typu produkty. I jeśli nawet w roztworze wszystko wygląda pięknie i kolorowo, to później już jest tylko czarna rozpacz.
Dlatego też apeluję z całą mocą – opamiętajcie się! Zapewne w krótkim czasie nic specjalnego nie zaobserwujecie, jeśli chodzi o kwestie zdrowotne – chyba że ktoś będzie miał pecha i trafi na jakiś silny alergen. Niemniej musicie sobie zdać sprawę z tego, że negatywne efekty mogą wyjść po jakimś czasie – miesiącach czy też, co bardziej prawdopodobne, latach.
Zastanówcie się więc, czy warto zapłacić taką cenę za prymitywny efekt „łał” na boisku szkolnym, w toalecie czy na jakimś podwórku. A zresztą – nie zastanawiajcie się – sam wam powiem – NIE WARTO!

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 listopada 2015 w ogólne

 

Tagi: , ,