RSS

Archiwa tagu: praktyka

Liquidy i dzieci – apeluję o rozwagę!

Dotarła do mnie właśnie kolejna publikacja, w której opisano przypadek zatrucia dziecka nikotyną pochodzącą z liquidu. Nie będę wchodził w szczegóły medyczne, ale warto wiedzieć, co się tam (tzn. dokładnie mówiąc w Korei Południowej) zdarzyło. Otóż, jak głosi tekst artykułu, 15-miesięczna dziewczynka „przypadkowo połknęła 5 ml liquidu o stężeniu nikotyny 10 mg/ml”. Nie wiadomo dokładnie, jak to się stało – jest tam tylko informacja, że liquid został pomylony z lekiem na przeziębienie. Domyślam się, że była to pomyłka osoby dorosłej, bo nie bardzo sobie wyobrażam, że dziecko, które ma trochę ponad rok otwiera buteleczkę LQ i połyka połowę jej zawartości, bo myśli, że to lekarstwo. Prawdą jest, że butelki są dość podobne (w publikacji są zdjęcia), ale… no właśnie – ludzie, trzeba myśleć.
Kto normalny zostawia LQ byle gdzie? Kto normalny nie sprawdza (trzy razy!) lekarstwa, które ma właśnie podać dziecku?
Efektem podania tej ilości nikotyny (50 mg – dawka zabójcza dla dziecka!) były wymioty – to akurat było dobre, bo organizm pozbył się części trucizny. Niestety, chwilę później dziewczynka straciła przytomność i nie było z nią kontaktu. Rodzice zadzwonili po pomoc. Zespół ratowników zastał dziecko z zatrzymaną akcją serca, podjął czynności resuscytacyjne, a dziecko zostało zaintubowane. Po 40 minutach przywrócono pracę serca, ale dziecko nadal nie reagowało na otoczenie. Podano leki podwyższające ciśnienie tętnicze i wykonano skan mózgu, który wykazał silny obrzęk. Badanie EEG ujawniło istotne dysfunkcje mózgu. Podjęto próby intensywnego leczenia, ale były one nieskuteczne.  W 43 dniu pobytu w szpitalu stwierdzona została śmierć mózgowa, a następnego dnia dziewczynkę odłączono od aparatury podtrzymującej życie.

To kolejny przypadek zatrucia dziecka nikotyną z liquidu. Owszem, zdaję sobie sprawę, że są to przypadki rzadkie, a nawet bardzo rzadkie. Ale kolejny raz apeluję – ludzie, pamiętajcie, że liquid to trucizna. Nie może znajdować się w zasięgu rąk dziecka. Odstawiajmy go w jakieś konkretne miejsce umieszczone na tyle wysoko, aby dziecko nie mogło do niego dosięgnąć. Nie bądźmy leniwi – lepiej przejść kilka kroków po buteleczkę niż potem płakać nad czyimś grobem. Stara angielska maksyma mówi „better safe than sorry”. Trzymajmy się tego.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
25 komentarzy

Opublikował/a w dniu 16 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Kilka zdań o bezpieczeństwie akumulatorów do EIN

Od jakiegoś czasu możemy w mediach zobaczyć efekty braku ostrożności przy użytkowaniu akumulatorów litowo-jonowych, czyli takich jakie najczęściej są stosowane w EIN. Oczywiście znacząca większość artykułów ma tytuły sformułowane tak, jakby to sam e-fajek był niebezpieczny, mógł eksplodować itp. Tymczasem dotyczy to dowolnego sprzętu zasilanego akumulatorami Li-ion. Wiemy, że wybuchają akumulatory w laptopach, telefonach komórkowych czy zabawkach dziecięcych. Nikt jednak nie tytułuje informacji o takich zdarzeniach tekstami typu: niebezpieczne komórki.
Jak to się dzieje, że akumulatory bardzo efektownie eksplodują? W warunkach normalnej eksploatacji nic złego się nie dzieje, ale jeśli dojdzie do zwarcia, energia zgromadzona w akumulatorze zostaje w sposób gwałtowny uwolniona, czego skutkiem może nawet być wybuch. Ma on miejsce wtedy, gdy temperatura wewnątrz akumulatora wzrośnie powyżej 150 stopni. W takiej sytuacji to wszystko, co jest w środku, staje się niestabilne termicznie i dochodzi do serii niepożądanych reakcji chemicznych, których efektem jest uwolnienie w bardzo krótkim czasie sporych ilości gazów. Nie znajdują one ujścia, a więc rośnie ciśnienie, no a dalszy ciąg można sobie wyobrazić. Jeśli temperatura zdąży wzrosnąć do 500 stopni, wybuch będzie połączony z zapłonem. Efekty można obejrzeć w mediach, w tym na YouTube.
No dobrze – jak w takim razie ustrzec się takich nieszczęść? Wystarczy stosować się do kilku podstawowych rad. Traktujmy akumulatory jako sprzęt, o który musimy dbać. Nie wolno ich nosić ot tak luzem, w kieszeni – razem z kluczami, monetami czy innymi rzeczami metalowymi. Jeśli już nosimy z sobą zapasowe akumulatory, zadbajmy o to, aby były one w jakimś opakowaniu, najlepiej plastikowym. Odżałujmy te kilka złotych, bo późniejszy przeszczep skóry będzie kosztował znacznie więcej. Akumulatory mają zawsze osłonę plastikową. Absolutnie nie wolno jej ściągać. Jeśli osłona w jakiś sposób się uszkodzi, trzeba zadbać, aby to naprawić. W żadnym wypadku nie wolno akumulatorów (ani innych podobnych elementów, np. baterii) ogrzewać. Wiem, że zdarzają się przypadki ludzi bez wyobraźni, którym się wydaje, że w ten sposób akumulator odzyska nieco energii.
Jeszcze jedna istotna sprawa – wielu ludzi bardzo szybko zaczyna eksperymentować z tzw. modami mechanicznymi i grzałkami o bardzo niskiej oporności. Ludzie kochani – jeśli naprawdę nie wiecie, o co w tym wszystkim chodzi, odpuśćcie – w trosce o własne zdrowie. Tymczasem w sieci spotyka się „specuf”, którzy nie rozróżniają woltów od watów, o prawie Ohma uczyli się kiedyś tam w szkole, ale już zapomnieli, nie wiedzą też co to jest moc czy wydajność prądowa ogniwa, ale zabierają się za konstrukcję własnych urządzeń. To pierwszy krok do nieszczęścia. I żeby nie było, że nie ostrzegałem!

Na koniec – pamiętajmy też, aby nie wyrzucać zużytych akumulatorów do zwykłych śmieci. I nie chodzi tu tylko o zanieczyszczenie środowiska, ale o to, że można komuś zrobić krzywdę. W wielu miejscach znajdziemy pojemniki na zużyty sprzęt tego typu – ale i tam wyrzućmy je przynajmniej opakowane w woreczek foliowy.

Jeśli ktoś jest zainteresowany bezpieczeństwem akumulatorów i chciałby się dowiedzieć więcej, polecam zajrzeć na tę stronę. To prawdziwa kopalnia wiedzy o tematach związanych z akumulatorami, bateriami itp.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu 25 Styczeń 2017 w ogólne

 

Tagi:

Formaldehyd, acetaldehyd, akroleina – kolejna ważna publikacja

Jak można było się domyślać, prace związane z badaniami emisji związków karbonylowych, takich jak formaldehyd, acetaldehyd i inne, są prowadzone w różnych ośrodkach naukowych, a efekty co jakiś czas są widoczne w formie ciekawych publikacji.
Praca, którą chcę dziś omówić, powstała przy współpracy Pennsylvania State University oraz laboratorium Enthalpy Analytical (USA). Pamiętacie zapewne wcześniejsze doniesienia dotyczące sporych ilości formaldehydu znalezionego w aerozolu emitowanym z e-papierosów. Wielu komentatorów zauważało wtedy, że badania prowadzono na starym technologicznie sprzęcie, do tego stosując wartości mocy, których żaden realny użytkownik nawet nie próbuje stosować. Dlatego też cieszę się, że w pracy Kistlera mamy zestawiony stary sprzęt, a konkretnie atomizer typu CE4 z innymi – znacznie nowszymi modelami parowników, takimi jak Protank, Gladius, Nautilus i SubTank. Baterię dla czterech modeli stanowił iTaste VV4, SubTank był zasilany baterią z modułem DNA40.
Nie wchodzę w szczegóły, bo nie mają znaczenia. Rzućcie okiem od razu na tabelę nr 2. Tam w zasadzie jest wszystko, co istotne – warto się tym wynikom naprawdę dobrze przyjrzeć. Widać bowiem wyraźnie, że atomizer CE4 zdecydowanie odstaje od całej reszty, generując w wielu wypadkach kilkadziesiąt razy(!) więcej związków karbonylowych: formaldehydu, acetaldehydu oraz akroleiny. Z drugiej strony – nowsze generacje parowników produkują najczęściej sporą ilość aerozolu. Np. SubTank przy najwyższej mocy (25 W) produkuje 28 mg aerozolu przy jednym zaciągnięciu, podczas gdy Nautilus przy 5,6 W generuje tylko 1,5 mg chmurki. To jest przy okazji odpowiedź na wątpliwości niektórych chmurzących co do ilości zużywanego liquidu.
Ciekawe dane są także w tabeli 4. Badacze policzyli, jakie ilości związków karbonylowych wchłania użytkownik dziennie stosując 3 gramy (czyli praktycznie 3 ml) liquidu dziennie. Widać tam wyraźnie, że wraz z postępem technologicznym, zdecydowanie zmniejsza się ilość produkowanych „złych” związków. Aha, żeby nie było wątpliwości (to głównie dla tych, którzy lubią się doszukiwać sensacji i zagrożeń) – ilości wchłanianych karbonyli nadal jest mniejsza niż dopuszczalna przez restrykcyjne amerykańskie przepisy w środowisku pracy. Aby przyjąć maksymalną dopuszczalną ilość formaldehydu, trzeba by przez SubTanka przepuścić dziennie 400(!) ml liquidu.
I jeszcze jedna sprawa – atomizer CE4 jest górnogrzałkowcem, pozostałe mają grzałki na dole. Widać wyraźnie, że położenie grzałki ma znaczący wpływ na rodzaj tworzonych związków. Myślę, że warto, aby kolejni badacze przyjrzeli się tej sprawie.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
4 komentarzy

Opublikował/a w dniu 26 Luty 2016 w ogólne

 

Tagi: , , ,

Niklowe = nieklawe? Niebezpieczny tytan? Kilka zdań o materiałach na grzałki

STRESZCZENIE (bo całość jest długa)
Materiał na grzałki to zwykle stal nierdzewna (SS), czyli stopy żelaza, niklu, chromu i innych metali albo chromonikielina. Ostatnio popularny jest też drut niklowy i tytanowy. Nie ma zbyt wiele informacji dotyczących działania tych metali na organizmy chmurzących – i wiele lat ich nie będzie. Wiemy, że ilości tych pierwiastków w aerozolu są znikome. Nikiel może powodować alergie, więc trzeba do niego podchodzić ostrożnie. Tytan jest bezpieczniejszy. SS też jest bezpieczniejsza niż czysty nikiel. Warto rozsądnie podchodzić do wyżarzania – na pewno nie warto wygrzewać celem oczyszczenia z nagaru. Jak będą nowe wieści na temat metali w chmurce czy też oddziaływania na zdrowie, podzielę się nimi.

Jeszcze niedawno użytkownicy e-fajek nie zastanawiali się specjalnie nad materiałem, z którego są wykonywane grzałki. One po prostu sobie były, wykonywało się czasami mycie lub przepalanie, zwane też wyżarzaniem. I wszystko było OK. Potem zaczęła się era własnoręcznego kręcenia zwojów z rozmaitych drutów i coraz częściej zaczęły się pojawiać takie nazwy jak kantal, stal nierdzewna (SS – stainless steel), nikiel, tytan. I wtedy zaczęły się pytania i niekończące się dyskusje dotyczące wpływu tych materiałów na zdrowie.
Przyznam, że niektórym z tych dyskusji przyglądałem się z szeroko otwartymi oczami, ponieważ sporo ludzi w swoich komentarzach wykazuje kompletne niezrozumienie podstaw chemii. OK, ja rozumiem, że można się na tym nie znać, ale… na Swarożyca! – czy trzeba lecieć klasyczną metodą „nie znam się, dlatego się wypowiem”?
Zacznijmy od samego początku. Grzałka elektryczna, jak sama nazwa wskazuje, służy do ogrzewania. Musi być zrobiona z materiału przewodzącego prąd. Zwykle do produkcji grzałek wykorzystuje się drut oporowy. Dwoma typowymi materiałami na takie druty są kanthal oraz chromonikielina. Pierwszy z nich to stop żelaza (ok. 70%) i chromu (ok. 20%) z niewielkim dodatkiem glinu (Al), kobaltu (Co) i innych pierwiastków. Drugi, jak sama nazwa wskazuje, składa się z niklu (60-85%). Z kolei stal nierdzewna (SS, INOX) poza żelazem zawiera zawsze chrom, często też nikiel, molibden, wanad oraz inne dodatki. Grzałki niklowe są oczywiście wykonane z niklu, a tytanowe z tytanu.
I właśnie nikiel jest tym pierwiastkiem, który budzi największe wątpliwości. Jest to metal przejściowy, dość odporny na działanie różnych chemikaliów, praktycznie nie ulegający korozji. Powszechnie wiadomo, że metal ten może powodować uczulenia, głównie kontaktowe. Wiedzą o tym szczególnie kobiety, ponieważ spotyka się sporo uczuleń na nikiel w biżuterii. Ba, nawet niewielka ilość niklu, taka jak w stalowej kopercie zegarka czy kolczykach może wywołać na skórze zaczerwienienie i wysypkę. Nic więc dziwnego, że w 2008 nikiel otrzymał tytuł „Alergena roku”. Co ciekawe – jest to pierwiastek niezbędny w niewielkich ilościach w organizmach żywych, ponieważ stanowi istotny element niektórych enzymów.
Niektórzy chmurzący mogą być uczuleni na nikiel. Znany jest mi przypadek kobiety, która miała szczególnie silną alergię. Nie dość, że nie mogła stosować ustników niklowanych, to nawet minimalna ilość Ni w grzałkach powodowała u niej puchnięcie ust. Nawet krany w domu musiała mieć z metalu niepokrytego niklem. No i ze względu na tę alergię musiała niestety rzucić e-fajki. Czy jednak nikiel jest groźny dla wszystkich użytkowników e-fajek? Myślę, że nie należy z tym przesadzać. Nadal uważam, że wyżarzanie grzałek w celu pozbycia się ciemnego nagaru jest bez sensu, ale to głównie ze względu na nieznane substancje organiczne, które tam mogą się znajdować. Oczywiście nie należy też bawić się we wdychanie tego, co się wydziela z własnoręcznie kręconych grzałek, gdy się je próbuje na sucho. Grzałka w e-p służy do podgrzewania liquidu – i tego się trzymajmy.
Oczywiście nie wiemy, jak na zdrowie chmurzących mogą wpływać mikrogramowe ilości niklu przyjmowane drogą wziewną. Wiemy, że takie ilości znajdują się w generowanym aerozolu, chociaż nadal mamy niewiele badań na ten temat. Liczę na to, że w tym roku pojawią się jakieś nowe prace. Jak na razie możemy się opierać na analizie wykonanej przez Farsalinosa. Stwierdza on, że z dotychczasowych danych nie wynika, aby metale ciężkie, w tym nikiel czy chrom, mogły stanowić istotne zagrożenie dla zdrowia. Warto pamiętać, że Konstantinos zawsze podkreśla, że warto unikać każdego zagrożenia, które można uniknąć. Dlatego też ludzie, którzy nie palili analogów, nie powinni się brać za e-fajki.
Innym materiałem stosowanym do wyrobu grzałek jest tytan. To także metal przejściowy, dość lekki, znany z wyjątkowej odporności mechanicznej i całkiem dobrej chemicznej. Stosuje się go w medycynie, m.in. do w produkcji nowoczesnych endoprotez. Sam metal jest bardzo dobrze tolerowany przez organizm człowieka. Inaczej wygląda sytuacja z tlenkami tego metalu. Wiemy, że dwutlenek tytanu (TiO2) jest podejrzewany o właściwości rakotwórcze. Dotyczy to przede wszystkim tego związku inhalowanego w formie pyłu. Nadal jednak jest to tylko podejrzenie (possibly carcinogenic) – brak jest jednoznacznych dowodów.
Jak dotychczas nie stwierdzono jednak, aby był on szkodliwy podczas przyjmowania drogą pokarmową. Jest on zresztą dopuszczony jako biały barwnik do użycia w przemyśle spożywczym (E 171).
Jeśli drut tytanowy jest używany do produkcji grzałek, warto zadbać o to, aby go nie przegrzewać. Utlenianie przebiega najlepiej w temperaturze powyżej 280 stopni. Co ciekawe – jeśli wyżarzymy go powyżej 580 stopni, zewnętrzna warstwa dwutlenku tytanu ulegnie redukcji do czystego metalu.(PDF w jęz. ang.) Wydaje się więc rozsądne, aby temperaturę grzałek tytanowych utrzymywać mocno poniżej 280 stopni, ale z kolei wyżarzanie nie powinno zaszkodzić, a raczej – paradoksalnie – pomóc pozbyć się warstwy TiO2.
Czy w takim razie powinno się używać tytanu do produkcji grzałek? HA! Sam chciałbym wiedzieć. Podejrzewam, że nie dowiemy się tego wcześniej niż za 100 lat.
A jeśli zastanawiacie się nad mikro- czy nawet pikogramowymi ilościami jakichś substancji, które mogą się znaleźć w chmurce, a w efekcie – w płucach, to przypomnijcie sobie czasy, gdy paliliście analogi, wiedząc, że są rakotwórcze i toksyczne. Chcecie się pozbyć wszystkich substancji trujących i kancerogennych? Przykro mi – w XXI wieku to już nie jest możliwe. Wystarczy, że zaczerpniecie powietrza, a już będziecie je w sobie mieć. Smacznego.

I jeszcze jedna uwaga na koniec (dzięki za sugestię dotyczącą tego akapitu, Ricc!). Jeśli szykujecie grzałki, starajcie się zachować przy tym czystość. Każdy drut, niezależnie od materiału, z którego jest wykonany jest po prostu brudny. Jeśli chcecie się o tym przekonać, przeciągnijcie owinięty w białą chusteczkę kawałek przez ściśnięte palce – zobaczycie co na niej zostanie. Dlatego też zanim będziecie kręcić grzałkę, wyczyśćcie sobie odpowiednią porcję drutu. Odżałujcie nieco spirytusu (spożywczego, a nie salicylowego czy kamforowego), namoczcie nim delikatnie jakąś szmatkę i przeciągnijcie przez nią ten kawałek. Nie muszę chyba dodawać, że wcześniej trzeba umyć ręce.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
21 komentarzy

Opublikował/a w dniu 23 Styczeń 2016 w ogólne

 

Tagi: , ,

Nie idźcie tą drogą! Komentarz o barwieniu liquidów

Z dużym przerażeniem czytam docierające do mnie informacje o tym, że wielu ludzi, szczególnie bardzo młodych eksperymentuje z dodawaniem do liquidów rozmaitych barwników. Próbuję zrozumieć sens takiego działania, ale nijak mi się nie udaje. Domyślam się, że chodzi li tylko o lans, szpan, popis – jakkolwiek by to nazwać. O, patrzcie – mam fioletowy lq w baniaczku. A ja mam różowy. A ja zmieszałem niebieski z żółtym i mam zielony.
Jeśli ktoś nieśmiało zwróci uwagę takiemu gimbusowi (uwaga – to jest określenie stanu umysłu, niekoniecznie wieku), w odpowiedzi często słyszy: no ale to jest przecież barwnik spożywczy, więc nic złego się nie może stać.
Nic bardziej mylnego! Wielokrotnie pisałem, że substancje barwiące to albo pochodne metali ciężkich albo też (częściej) mniej lub bardziej złożone związki organiczne. O metalach ciężkich pisać nie będę – chyba jest dość jasne, że ich wdychanie nie jest szczególnie zdrowe. Odniosę się tylko do tych związków organicznych. Muszą one zawierać w składzie tzw. chromofory, czyli ugrupowania „niosące barwę”, a często dodatkowo tzw. auksochromy, czyli grupy wzmacniające i modyfikujące barwę. Czerwony barwnik zwany koszenilą albo kwasem karminowym to chemicznie rzecz biorąc kwas 3,5,6,8-tetrahydroksy-1-metylo-9,10-diokso-7-((3R,4R,5S,6R)-3,4,5-trihydroksy-6-(hydroksymetylo)tetrahydro-2H-pyran-2-ylo)-9,10-dihydroantraceno-2-karboksylowy. Już sama nazwa robi wrażenie, prawda? A jeśli dodamy, że rozkłada się on w temperaturze 136 stopni, to możemy być pewni, że w naszych płucach zagości cały koktajl produktów rozpadu tego związku plus sporo dodatków wynikających z reakcji wtórnych. I już w zasadzie niewielkie znaczenie ma to, że koszenilę pozyskuje się ze zmielonych odwłoków pewnego gatunku pluskwiaków. Smacznego 😉
Inne barwniki są w większości syntetyczne, wiele z nich jest podejrzewanych o niezbyt miłe działanie – np. powodujące alergie czy nawet wspomagające powstawanie lub rozwój nowotworów. Owszem, wiele tych związków jest dopuszczonych do stosowania w przemyśle spożywczym, ale dotyczy to tylko przyjmowania ich drogą pokarmową, a nie inhalacyjną. Skrótowo mówiąc – nie ta rurka.
Każdy ze związków stosowanych do barwienia prędzej czy później trafia na grzałkę, gdzie w większości przypadków ulega rozkładowi i/albo wtórnym reakcjom. Zapewne w wielu wypadkach widzieliście nagar na grzałkach – tam właśnie się odkładają tego typu produkty. I jeśli nawet w roztworze wszystko wygląda pięknie i kolorowo, to później już jest tylko czarna rozpacz.
Dlatego też apeluję z całą mocą – opamiętajcie się! Zapewne w krótkim czasie nic specjalnego nie zaobserwujecie, jeśli chodzi o kwestie zdrowotne – chyba że ktoś będzie miał pecha i trafi na jakiś silny alergen. Niemniej musicie sobie zdać sprawę z tego, że negatywne efekty mogą wyjść po jakimś czasie – miesiącach czy też, co bardziej prawdopodobne, latach.
Zastanówcie się więc, czy warto zapłacić taką cenę za prymitywny efekt „łał” na boisku szkolnym, w toalecie czy na jakimś podwórku. A zresztą – nie zastanawiajcie się – sam wam powiem – NIE WARTO!

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 26 Listopad 2015 w ogólne

 

Tagi: , ,

Szykujemy sprzęt do zimy

No i kolejny raz nadchodzi mniej efektowna (przynajmniej dla mnie) pora roku. Trzeba więc pomyśleć nad przygotowaniem sprzętu do warunków zimowych. W zasadzie to sprawa prosta: wymieniamy opony na zimowe, smarujemy uszczelki drzwi, nalewamy zimowy płyn do spryskiwaczy… zaraz, wróć – to nie ten temat. Teraz już na poważnie.
Temperatury ujemne u nas są raczej niezbyt dokuczliwe w ostatnich latach, ale jednak to wystarczy, aby nasze akumulatory to odczuły. Są to urządzenia litowo-jonowe, a więc najlepiej czują się w temperaturach od 0 do 60 stopni. W przypadku mrozu ich efektywność znacznie spada. Szacuje się, że w temperaturze minus 10 stopni pojemność baterii spada o 30%. Ale to nie wszystko – ponieważ mamy tu do czynienia ze stosunkowo dużym prądem, możemy uznać, że efektywność spada nawet o połowę. W efekcie będzie konieczne częstsze ładowanie akumulatora. Na szczęście cały ten spadek efektywności jest odwracalny – już wiosną wszystko wróci do normy.
Wychodząc na dwór (Krakusy – na pole) warto trzymać nasz sprzęt w cieple – nie na smyczce zawieszonej na szyi, ale raczej w wewnętrznej kieszeni kurtki. No i wyjmować go tylko wtedy, gdy się chcemy zaciągnąć.
Warto też zwrócić uwagę na jeszcze jeden element sprzętu w zimie. Chodzi mi o metalowe ustniki. Wiadomo, że w zimnym powietrzu zetknięcie się zmrożonego ustnika z wargami może być niemiłe. Dlatego też warto rozważyć używanie zimą raczej ustników z tworzyw sztucznych, a jeśli koniecznie chcemy mieć metalowy, to nie można go wystawiać na dłużej na działanie temperatur ujemnych.
No i oczywiście trzeba wspomnieć o liquidach. Temperatura zamarzania PG (-60 stopni) i nikotyny (-80 stopni) jest na tyle niska, że nie trzeba się martwić. Co innego VG – ona krzepnie już w plus 18 stopniach. Musimy jednak pamiętać, że lepkość VG i PG dość drastycznie rośnie wraz ze spadkiem temperatury. Dlatego też w zimie będziemy mieli utrudniony transport liquidu na grzałkę, co może skutkować niemiłym bobrem. Dotyczy to szczególnie płynów glicerynowych. Jeśli mamy typowe 70% PG, nie powinno być większych problemów, chyba że temperatura spadnie poniżej -15.
Problemom z transportem płynu można zaradzić w dość prosty sposób – dodając do liquidu kilka kropel spirytusu. Już taka niewielka ilość zdecydowanie zmniejszy lepkość i poprawi transport. Uwaga – dodawanie wody w celu zmniejszenia lepkości to nie jest specjalnie dobry pomysł – woda ma zbyt wysoką temperaturę krzepnięcia.
Warto pamiętać, aby buteleczkę z płynem też nosić w ciepłym miejscu i nie zostawiać jej np. w samochodzie, gdy temperatura spada zdecydowanie poniżej zera. Na szczęście wszelkie zmiany lepkości płynu są odwracalne – umieszczenie buteleczki w temperaturze pokojowej spowoduje powrót liquidu do normalnych właściwości fizykochemicznych.
Mam nadzieję, że ta garść rad pomoże wam przetrwać zimę. Jest jedna pozytywna wiadomość – chmurząc na dworze zimą nie będziemy wyróżniać się w tłumie, bo inni też będą wydychać kłęby chmur – nawet bez zaciągania się. .

Kierując się uwagą dociekliwego czytelnika informuję, że do napisania tekstu zainspirował mnie (między innymi) wpis na Ashtray Blog.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
8 komentarzy

Opublikował/a w dniu 22 Listopad 2015 w ogólne

 

Tagi:

Znaj proporcją, mocium panie!

Dość często na różnych forach internetowych, krajowych i zagranicznych, pojawiają się kolejne wątki dotyczące straszliwych składników chmurki, które są podejrzewane o różne negatywne działania na organizm użytkownika e-fajek. Ostatnio było o niklu, wcześniej o formaldehydzie czy innej akroleinie. Chciałbym dziś się odnieść globalnie do tego tematu.
Owszem – w składzie chmurki czasami pojawiają się takie składniki. Tu trzeba jednak pamiętać o starej zasadzie Paracelsusa, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną. I tylko dawka stanowi o truciźnie. Ta reguła pozostała niezmienna. Już ponad rok temu pisałem o obecności niklu w chmurce. Znajdziecie tam porównanie zawartości tego metalu, będącego faktycznym alergenem kontaktowym, z tym, co wchłaniamy, zazwyczaj kompletnie nieświadomie z żywnością. Jeśli ktoś poszuka dokładniej, dowie się też podobnych rzeczy o formaldehydzie. A teraz spytam: kto z PT Czytelników przeszukuje sieć w poszukiwaniu informacji o tym, jaką ilość tych straszliwych chemikaliów zawierają towary, które bierze z półek sklepowych? Kto z was sprawdził, jakie związki toksyczne są obecne w wodzie, którą nalewacie z kranu do garnka gotując zupę czy kawę? Kto wreszcie monitoruje na bieżąco wyniki badań powietrza, którym chcąc nie chcąc oddycha?
Wiecie co tam się znajduje? Weźmy takie powietrze – czy zdajecie sobie sprawę, że nie jest ono specjalnie zdrowe? W chwili wolnej zajrzyjcie na stronę Polskiego Alarmu Smogowego. Dowiecie się stamtąd, że np. mieszkając w Warszawie i przebywając dziennie 4h na dworze, wchłaniacie tyle benzo[a]pirenu (jeden z tzw. wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych – WWA – silnych kancerogenów) ile wchłania człowiek, który wypala prawie 800 papierosów rocznie. Warszawiacy i tak żyją w czystym powietrzu – Krakus w tych samych warunkach wchłania równoważnik prawie 2100 ćmików, czyli ponad 100 paczek. A to tylko benzo[a]piren. Poczytajcie sobie o pyłach PM10 i PM2.5 – to też lata w powietrzu i jest inhalowane. Nieco inaczej jest z formaldehydem – tu akurat najczęściej lepiej wyjść na dwór, zwłaszcza gdy macie w domu nowoczesne meble wykonywane z rozmaitych płyt wiórowych. Lepiszczem, które jest używane do ich produkcji są m.in. żywice mocznikowo-formaldehydowe, które potrafią emitować aldehyd mrówkowy przez długie lata. Jeśli chcecie się nim poinhalować, wpadnijcie do dowolnego sklepu meblowego i powąchajcie choćby szafki czy półki. Ten niemiły ostry zapach to właśnie formaldehyd.
Swego czasu była histeria związana z akroleiną. Ciekawe czy ci, którzy tak się martwią o ten szkodliwy związek, smażyli kiedyś cokolwiek na oleju roślinnym. Akroleina wydziela się praktycznie podczas każdego smażenia. Oczywiście można mieszkania wietrzyć – ale wtedy wpuszczamy do środka niewidoczne gołym okiem pyły zawieszone, jak też benzo[a]piren.
Odpuszczę już sobie pisanie o substancjach toksycznych w wodzie – metalach ciężkich, trójhalometanach, pestycydach. Jak kogoś temat zainteresuje, może sobie poszukać i poczytać. Informacje na ten temat znajdują się m.in. na stronach firm dostarczających wodę pitną, jak też na portalach sanepidu.

Muszę tutaj poczynić jedno zastrzeżenie: to wszystko, co napisałem nie oznacza, że chmurka z e-fajek jest kompletnie nieszkodliwa. Chodziło mi raczej o to, aby pokazać, że nie ma co reagować histerycznie na każde doniesienie o związku A, B czy C, który nagle został wykryty w chmurce lub liquidzie. Przy obecnym poziomie zanieczyszczenia świata jako takiego, jak też mając na uwadze coraz lepszą aparaturę analityczną, można naprawdę wykryć wszystko wszędzie. I znowu odwołam się do Paracelsusa – sola dosis facit venenum – tylko dawka stanowi o toksyczności.
Dlatego powtórzę za Aleksandrem hrabią Fredrą: znaj proporcją, mocium panie! Przy okazji ciekawostka – ten cytat nie występuje oryginalnie u Fredry, tam brzmi nieco inaczej. Ciekawe kto z was pamięta, co było w oryginale (bez szukania w sieci)? 😉

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
6 komentarzy

Opublikował/a w dniu 15 Listopad 2015 w ogólne

 

Tagi: , ,