RSS

Archiwa tagu: zdrowie

Omówienie raportu CBOS dotyczącego używania nikotyny

Jak pewnie wiecie, kwestiami związanymi z bezpieczeństwem chmurzenia zajmuje się na mocy ustawy antytytoniowej Biuro do Spraw Substancji Chemicznych. To znaczy powinno się zajmować, bo jest z tym bardzo różnie. Dziś chcę napisać kilka słów na temat raportu „Konsumpcja nikotyny – 2019”, który na zlecenie Biura przygotował CBOS. Zacznijmy od spraw podstawowych – nie jestem specem od badań statystycznych, ale nieco mnie dziwi, że raport za rok 2019 powstał na podstawie badań wykonanych we wrześniu tego właśnie roku – czyli obejmuje tak naprawdę 8 miesięcy. Zajrzyjmy jednak do środka, aby zobaczyć, co tam jest ciekawego.
Zacznijmy od danych najbardziej ogólnych. Wynika z nich, że w Polsce chmurzy 2,3% dorosłych (i ten odsetek jest taki, jak rok wcześniej), natomiast nikotyny we wszelkich formach używa nadal 25% (bardzo dużo!). Co motywuje do chmurzenia? Koszty, co dość oczywiste, ale też przekonanie, że jest mniej szkodliwe oraz – uwaga – dostępne smaki liquidów. To ostatnie jest istotne w aspekcie chęci władz do ograniczenia dostępu do liquidów smakowych. Przypominam – odpowiadali ludzie 18+, a więc nie jakieś małolaty. Nikotyna jest dostarczana głównie w najgorszej formie – czyli palenia tytoniu. Co ciekawe, systemy podgrzewające (heat-not-burn) stanowią pomijalny ułamek (5 osób na niemal tysiąc badanych). Odsetek osób, które chmurzą, a wcześniej nie paliły to 0,6% – to też ciekawy wynik.
Co z tymi smakami? Okazuje się, że zaledwie 12% lubi smaki tytoniowe, podczas gdy niemal 50% preferuje smaki owocowe. Jeśli chodzi o moc, widać wyraźny trend spadkowy. Prawie 50% używa liquidów o mocy niższej niż 6 mg/ml. 37% badanych deklaruje, że zmniejszyło zawartość nikotyny w liquidzie. Średnie zużycie miesięczne to 90 ml. Przeliczmy – oznacza to, że dziennie średnio zużywa się 18 mg nikotyny – dość mało.
Jakie są motywacje? Przede wszystkim finansowe i zdrowotne – no i super. Ważne, że zaledwie 3,3% pytanych deklaruje, że wybrali chmurzenie, bo jest modne. Jeszcze istotniejszy jest odsetek tych, którzy dzięki e-papierosom rzucili palenie zwykłych – wynosi on aż 45,7%.
Jeśli kogoś interesują bardzo szczegółowe dane dotyczące demografii chmurzących, może zajrzeć do tabelek – jest ich dużo i są pewnie ciekawe dla analityków. Dla mnie nie mają większego znaczenia. Jeśli ktoś znajdzie tam coś ciekawego, niech się podzieli.
Jestem ciekawy, czy nasi rządzący zapoznali się z tym raportem. Myślę, że powinni, ale raczej nie mam złudzeń. Gdyby go przeczytali, wiedzieliby, że głoszone przez nich poglądy nie mają żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Smutne.

 
7 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 13 lutego 2020 w ogólne

 

Tagi: ,

Kilka informacji i komentarzy bieżących

Ponieważ rozmaite informacje dotyczące e-papierosów są rozproszone w sieci, co jakiś czas będę je tutaj wrzucał (tzn. linki do nich) i komentował. Najpierw może dobre wiadomości. Jak być może wiecie, w Australii obowiązuje zakaz sprzedaży i importu liquidów nikotynowych. Jeszcze do niedawna tamtejsze środowiska medyczne stały twardo na stanowisku, że chmurzenie jest mało zbadane, nie wiadomo jak to działa i na ile szkodzi. Teraz nastąpiła jednak istotna zmiana. Królewskie Australijskie Kolegium Lekarzy wydało właśnie oświadczenie, że zmienia swoje podejście. Uznają, że chociaż nadal nie są znane długoterminowe działania e-papierosów, to jednak postanowili je uznać za jeden z dopuszczalnych środków wspomagających rzucanie palenia. Ze względu na panujące tam prawo, lekarze będą mieli prawo wystawiać zaświadczenia palaczom chcącym importować liquidy nikotynowe. I w ten sposób chmurzenie będzie wreszcie znowu legalne. I to jest naprawdę dobra wiadomość.
Niestety, u nas nie jest tak różowo. Pojawił się np. tekst pod znamiennym tytułem „Zabójcze e-papierosy w Polsce”. Oczywiście ozdobiony szokującym zdjęciem młodej dziewczyny na łóżku szpitalnym. Co ciekawe: zdjęcie nie przedstawia polskiej chorej nastolatki, zostało ukradzione z sieci i przedstawia dziewczynę z USA. Pan autor postanowił straszyć, ale też nie odrobił do końca lekcji – nie ma czegoś takiego, jak metaamfetamina. Poza tym to nie e-papierosy zaszkodziły tym młodym dziewczynom, tylko to, co do niego nalały. Idę zresztą o zakład, że szpital nie ma żadnych danych odnośnie do tego, co było inhalowane.
Także Polskie Radio postanowiło straszyć. „Pulmonolog Małgorzata Kwiatkowska podkreśla z kolei, że e-papierosy mają taką samą szkodliwość, jak wszystkie inne papierosy.” W sumie napisać można cokolwiek, prawda? Pani doktor oczywiście nie przytacza żadnych danych, bo i skąd. Jest to typowy przykład argumentum ad verecundiam, czyli powoływania się na autorytet (w tym przypadku własny, no bo skoro pani jest pulmonologiem, to wszystko, co powie, automatycznie staje się prawdą.
Tymczasem w USA, a konkretnie w stanie Vermont ma zostać wprowadzone nowe prawo związane z liquidami smakowymi. I tamtejsi legislatorzy idą o krok dalej niż ci z innych stanów. Zakazana jest nie tylko sprzedaż liquidów smakowych, ale też ich posiadanie! I tak oto mając w kieszeni flaszeczkę 10 ml płynu wiśniowego czy truskawkowego możemy trafić za kraty razem z kimś, kto miał 100 g kokainy. Paranoja? Oczywiście! Obawiam się jednak, że podobne informacje będą spływać także z innych stanów.
Aha, co do amerykańskiej „epidemii” – mam wrażenie, że to już historia. Dane CDC pokazują, że liczba nowych przypadków zgłaszanych jest jednocyfrowa (tygodniowo), co w porównaniu z wrześniem, gdy było ich ponad 200 jest zdecydowanym spadkiem. Na szczęście poza USA nie odnotowano potwierdzonych przypadków EVALI.

 
2 Komentarze

Opublikował/a w dniu 29 stycznia 2020 w ogólne

 

Tagi: ,

Kolejny kuriozalny artykuł w polskiej prasie

Dokładnie dzień po tym, jak napisałem o amerykańskiej pseudoepidemii, w Dzienniku Gazecie Prawnej ukazał się dość kuriozalny tekst dotyczący e-papierosów. Już sam tytuł: „Pierwsze ofiary e-papierosów: Wapowanie szkodzi zdrowiu. Teraz dowiemy się, jak bardzo” zdecydowanie podnosi ciśnienie. Gdybym chciał tutaj wyciągnąć wszystkie kłamstwa i półprawdy, powstałby bardzo duży tekst, a nie chcę Was zanudzać. Skupię się więc tylko na kilku konkretach.
Punktem wyjściowym są dwie nastolatki, które trafiły do szpitala mając problemy z płucami. To bezapelacyjnie wina e-papierosów – orzekły autorki! Główny Inspektor Sanitarny (GIS), znany wam także z innych wypowiedzi Jarosław Pinkas mówi, że wszystko jest nadal diagnozowane. Ale jestem przekonany, że już za kilka dni dowiemy się, że winne są e-papierosy. Już przecież wcześniej pan Pinkas przypisywał e-papierosom śmierć dwojga narkomanów na Śląsku – też bez konkretnych dowodów. Ale atak będzie trwał, tego możemy być niestety pewni.
I nagle GIS wpada na pomysł: trzeba zacząć badać liquidy! No ludzie… ustawa antytytoniowa, a właściwie jej nowelizacja, została uchwalona 3,5 roku temu. I przez ten czas nic się nie działo. Inspektor ds substancji chemicznej rejestrował liquidy i e-papierosy – i to wszystko. Pisałem do nich w sprawie badań liquidów 3 lata temu. Odpowiedź: nie, żadnych badań nie prowadzimy. Pytałem o to, czy prowadzona jest ewidencja działań niepożądanych – nie, nikt nie zgłaszał. Teraz pan Pinkas się obudził i udaje, że coś się dzieje. Nóż się w kieszeni otwiera. Nagle orientują się, że do e-fajek można wlać roztwór THC, GHB, kokainę czy fentanyl. Odkrycie na miarę Nobla z medycyny. Oczywiście w tekście nie ma ani słowa o octanie tokoferylu – paniom nie chciało się zajrzeć do raportów CDC.
Panie autorki nie przyłożyły się też do porządnego researchu. Piszą np. o tym, że w Wielkiej Brytanii jest 1,4 mln waperów. Bzdura – w 2019 statystyki pokazywały liczbę 3,6 mln. W Niemczech na pewno nie ma 0,7 mln użytkowników. Liczba ta jest zbliżona raczej do 2,5 mln – te wszystkie dane można bez problemu znaleźć w sieci. I jeszcze jeden drobiazg: „Korzystanie z e-papierosa jest czasem nazywane „wapowaniem” lub „juulingiem”.” Naprawdę juuling? Ludziska – ktoś z Was używa tej nazwy? A może wasi znajomi? Owszem, w USA młodzież tak mówi, ale tam JUUL jest popularny, u nas niekoniecznie.
Wracam jeszcze do samego tytułu. Jest on wyjątkowo obrzydliwą manipulacją. Gdy jacyś ludzie trafią do szpitala pijąc lewy alkohol z metanolem, nikt nie pisze: pierwsze ofiary musztardówek. „Wapowanie szkodzi zdrowiu. Teraz dowiemy się, jak bardzo” – to też jest obrzydliwe. Z założenia autorek widać, że musi szkodzić bardzo. Nie napisały „dowiemy się, na ile szkodzi” – bo ma szkodzić bardzo, bardziej, albo nawet najbardziej. Ratuj się kto może.
Co do wspomnianych polskich nastolatek: jak na razie nie wiemy, co im zaszkodziło. Nie mamy żadnych danych co do składu liquidów, których używały. Nic nie wiemy o tym, gdzie się zaopatrywały. Jestem dziwnie przekonany, że sytuacja tutaj okaże się podobna do amerykańskiej. Ktoś tam eksperymentował z płynami (może same poszkodowane) i teraz ma efekt. Ale winne są musztard… tfu, e-papierosy.
Zastanawiające jest też to, że w artykule nie ma ANI SŁOWA o tym, że e-papierosy powstały jako urządzenia dla palaczy, którzy nie mogli w inny sposób porzucić palenie tytoniu. Nie ma ani słowa o tym, że uznane autorytety brytyjskie oszacowały, że e-papierosy (używane z LEGALNYMI liquidami, a nie z nie wiadomo czym) są o 95% mniej szkodliwe niż palenie papierosów.
Wracając jednak do głównego problemu. Chciałbym być złym prorokiem, ale podejrzewam, że już wiosną zostaniemy zasypani danymi rodem z horroru. Może nawet wróci niesławna woda w płucach. Już teraz możemy przeczytać na stronach o zdrowiu: „Twoje płuca mogą wyglądać jak popcorn” – tak pisze inna autorka na stronach zdrowotnych jednego z serwisów internetowych. Niestety, taki jest poziom wiedzy, nie tylko o „popcorn lung”, które z popcornem mają tyle wspólnego, że zapadają na tę chorobę ludzie zatrudnieni przy przemysłowej produkcji popcornu. Na pewno ich płuca nie przypominają popcornu. Pisałem zresztą o tym.
I na koniec – każda osoba, która pisze w tak nierzetelny sposób o e-papierosach przyczynia się do tego, że ludzie pozostają przy paleniu konwencjonalnych papierosów, „bo te elektroniczne zabijają”. Panie Otto i Klinger też się właśnie tym swoim tekstem do tego przyczyniły.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 22 stycznia 2020 w ogólne

 

Tagi: , ,

American Lung Association – źle to robicie!

Niestety, mamy efekt domina spowodowany histerią w USA. Znaczące stowarzyszenie medyczne, zrzeszające specjalistów chorób płuc (ponad 32 tys. członków), American Lung Association (ALA), postanowiło wydać oświadczenie, które może mieć olbrzymie znaczenie dla całej społeczności waperskiej w USA (a potem zapewne w innych miejscach na świecie, w tym w Polsce).
Rozpoczęli oni właśnie kampanię pod hasłem „Quit, don’t switch” („rzuć, nie przestawiaj się [w domyśle – na e-papierosy]”. Oczywiście w tekście mamy starą śpiewkę o tym, jakie te e-papierosy są straszne, bo ludzie chorują lub umierają. Ani słowa o lewych płynach, octanie tokoferylu czy też THC. Tekst jest pełen przekłamań i przeinaczeń. Piszą np. o tym, że e-papierosy to produkt tytoniowy. Dalej mamy bełkot (tak, będę to nazywał po imieniu!) o metalach ciężkich i związkach toksycznych. Jednym z nich, wymienionym wprost, jest – uważajcie – glikol propylenowy! Rzecz jasna wspomniany jest dwuacetyl i powodowane przez niego płuco popcornowe, choć brak choćby jednego przypadku wiążącego tę chorobę z e-fajkami. Oczywiście wspominają też, że tak naprawdę ludzie sięgają po e-papierosy jako coś dodatkowego, stając się użytkownikami hybrydowymi. Owszem, są takie przypadki, ale sami doskonale wiecie, jak wielu ludzi po prostu rzuciło palenie i nie wróciło do niego. ALA oczywiście tego nie chce zauważyć, bo im to nie pasuje do stworzonej tezy.
Niestety, wielu ludzi łyknie bezrefleksyjnie przekaz ALA. Jakiś znikomy odsetek być może będzie w stanie rzucić stosując metody NTZ, ale nie oszukujmy się – efektywność ich jest tylko nieco większa niż placebo. Reszta po prostu będzie nadal palić. Dlatego też hasło „Quit, don’t switch” tak naprawdę powinno brzmieć „Quit or die” („Rzuć albo umrzyj”). I kolejne tysiące ludzi będzie umierać – ku chwale ALA. Gdzieś w śmieciach wylądowała koncepcja redukcji szkód (harm reduction) spowodowanych paleniem. Mamy sytuację zero-jedynkową – albo rzucasz albo radź sobie sam, używając ewentualnie NTZ. Owszem, e-papierosy nie są zdrowe, nie są nieszkodliwe. Dlatego też mówimy o redukcji szkód, a nie o ich eliminacji. Mówimy o specyficznym kontinuum – gdzie na jednym brzegu mamy palenie tytoniu, a na drugim niepalenie. ALA nie widzi przestrzeni pomiędzy tymi dwoma brzegami. Niestety, taka sama filozofia towarzyszy naszym specjalistom od ochrony zdrowia.
Rzucenie palenia jest trudne, jeszcze trudniejsze jest pożegnanie się z nikotyną. Tyle, że sama nikotyna jest od dziesięcioleci uznawana za czarnego luda, którego się boimy. Nadal wielu ludzi uważa, że powoduje ona nowotwory oraz że jest odpowiedzialna za ciężkie choroby układu krążenia. Tymczasem coraz więcej danych przemawia za tym, że jej szkodliwość jest zbliżona do kofeiny.
Obawiam się niestety, że kampania ALA będzie propagowana, co z kolei spowoduje problemy branży e-papierosowej. Od jesieni sporo małych firm i sklepów zniknęło już z rynku. Wielcy oczywiście przetrwają, a Big Tobacco będzie odbudowywać swoją silną pozycję. Ludzie będą umierać, ale kogo to w sumie obchodzi.

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 11 stycznia 2020 w ogólne

 

Tagi: ,

Kilka informacji bieżących ze świata e-papierosów

Dziś krótkie podsumowanie tego wszystkiego, co aktualnie dzieje się na świecie. Może zacznę od tego, co się dzieje w USA. Wygląda na to, że sprawa związana z przypadkami problemów z płucami, które dotknęły sporej liczby ludzi używających płynów do e-p zawierających THC i rozprowadzanych lewymi kanałami wygasa. Nawet CDC przyznaje, że po wrześniowym szczycie liczba przypadków zdecydowanie spadła. Podejrzewam, że w tym roku takich przypadków będzie niewiele. Niestety, zarówno władze USA, jak też media zareagowały na tę „epidemię” bardzo histerycznie. Przekaz był bardzo prosty: używanie e-papierosów zabija! Proste i bardzo nośne, a kto się tam przejmuje, że kompletnie nieprawdziwe. OK, ja może rozumiem, że ludzie prości to łykną, ale jeśli dokładnie to samo mówią wykształceni lekarze i decydenci ministerialni w Polsce, to zaczyna to być przerażające. Cały czas się zastanawiam, czy wynika to z niedoinformowania (co też jest niewybaczalne), czy też raczej wolą bezczelnie kłamać, aby osiągnąć jakieś swoje cele. Jakie? To proste – aby ludzie nie rozważali rzucenia palenia i przejścia na e-papierosy. Mam autentyczne wrażenie, że oni działają wprost na zlecenie koncernów tytoniowych. Smutne.
Zapewne pamiętacie zeszłoroczne publikacje straszące tym, że używanie e-papierosów znacząco zwiększają szanse na zawał. W pracach padały nawet dokładne liczby, wyglądające na straszliwie nierealistyczne. Wczoraj na łamach American Journal of Preventive Medicine ukazała się praca analizująca praktycznie te same dane, którymi dysponowali poprzedni badacze. Co z nich wynika? Ano to, że palacze hybrydowi (jednocześnie palący tytoń i używający e-fajki) mają niemal 3 razy większą szansę na zawał, co raczej nie jest bardzo dziwne. Istotne jest tam coś innego – ludzie, którzy nigdy nie palili, a tylko używali e-papierosy, mają podobne ryzyko zawału jak niepalący. To są oczywiście wszystko wyniki wstępne, ale opowieści, jak to e-papierosy zabijają serce jest nieuprawnione.
Tymczasem zespół badaczy z Queen Mary University of London przeprowadził badania dotyczące tego, jak dawka nikotyny wpływa na chęć rzucenia palenia. Okazało się, że badani bez problemu tolerowali znacznie większe dawki niż rekomendowane przez specjalistów od rzucania palenia. Badacze stwierdzają, że każda osoba musi sama sobie ustalić ilość przyjmowanej nikotyny, aby NTZ była w ich przypadku efektywna. Aha, aby nie było wątpliwości – w tym przypadku stosowano plastry nikotynowe, a nie e-papierosy. W badaniu niestety nie było grupy kontrolnej przyjmującej placebo – to akurat jest błędem metodologicznym.
Rok 2020 będzie trudny dla europejskich waperów. Organizacja New Nicotine Alliance UK przypomina, że Unia Europejska zaczyna zbierać dane, które mają posłużyć do modyfikacji niesławnej Dyrektywy Tytoniowej. I jak zwykle to europejscy biurokraci będą decydować o sprawach, o których nie mają zielonego pojęcia. NNA(UK) obawia się, że cała koncepcja redukcji szkód jest w niebezpieczeństwie. Osobiście podzielam te obawy.
Co nas czeka w najbliższym czasie – pożyjemy, zobaczymy.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 9 stycznia 2020 w ogólne

 

Tagi: , , ,

Nie eksperymentujcie! Ostrzeżcie innych.

Moi drodzy – trafiłem dziś na artykuł z brytyjskiego The Independent. Mowa w nim o kilkunastu dzieciakach z okolic Manchesteru, którym jakiś %^&^$^ dostarczył liquid do e-fajek. W założeniu miał on zawierać kanabinoidy (THC i podobne), a więc z definicji dzieciaki chciały popróbować jak to jest być na lekkim haju. Skończyło się to dla nich nieciekawie, ponieważ po utracie przytomności trafili w trybie pilnym do szpitala, niektórzy w stanie ciężkim. Specjaliści starają się zawsze w takich sytuacjach dociec, czym się pacjent zatruł, bo tylko wtedy mogą wdrożyć odpowiednie leczenie. W tym przypadku okazało się, że w płynie nie było ani czystego THC ani oleju konopnego. Zawierał on świństwo znane m.in. pod nazwą „spice”. Co to takiego? Ano jest to syntetyczny kanabinoid, strukturą zbliżony do THC, podobnie jak inny całkiem popularny o nazwie K2.
Rzecz w tym, że te cholerne syntetyki są wielokrotnie silniejsze niż naturalne kanabinoidy. Badania wykazują, że wiążą się z receptorami w mózgu czasami nawet sto razy silniej. Jeśli taki płyn zostanie użyty przez kogoś, kto nie jest solidnie uzależniony, efekty mogą być tragiczne. Te dzieciaki z Manchesteru miały wielkie szczęście, bo przeżyły. Inni mogą tyle szczęścia nie mieć. Od razu uprzedzam – nie dotyczy to tylko kanabinoidów. Podobne działanie mają syntetyczne opioidy, np. pochodne zdobywającego niestety popularność także w Polsce fentanylu. Warto jeszcze dodać, że zapewne domorośli chemicy produkujący te związki z myślą o wprowadzeniu ich na czarny rynek niespecjalnie dbają o jakość produkcji i oczyszczenie substancji czynnej. Dość oczywiste jest, że nikt nie przyjdzie do nich z reklamacją ani nie zgłosi tego na policji.
Ta sytuacja przypomina mi do pewnego stopnia historię „kompotu”, czyli polskiej heroiny. Przepis stworzony (niestety) przez dwóch zdolnych studentów chemii dość szybko rozniósł się po kraju. Ludzie targali wory słomy makowej i gotowali. Potem już nie bawili się w żmudne oczyszczanie, tylko gęstą brązową ciecz walili w żyłę. Trudno nawet oszacować, ile od tego umarło.
Dlatego proszę, błagam, apeluję – nie zaopatrujcie się w liquidy z nielegalnych źródeł! Nigdy nie będziecie wiedzieć,co jest w środku. To jest rosyjska ruletka, ale taka, w której w bębenku jest 5 nabojów i tylko jedno miejsce puste. Nie ryzykujcie, bo życie jest zbyt cenne.
I proszę – rozpowszechnijcie ten apel jak najszerzej – szczególnie wśród ludzi młodych, którzy są znacznie bardziej podatni na pokusy. 

 
1 Komentarz

Opublikował/a w dniu 19 grudnia 2019 w ogólne

 

Tagi:

Tym razem o kobalcie, a w zasadzie o tym, jak można wyciągać wnioski bez dowodów

Smutne jest to, że co chwilę trzeba w trybie alarmowym prostować rozpowszechniane z siłą ognia artyleryjskiego skrajnie negatywne wiadomości dotyczące e-papierosów. Ale jeszcze smutniejsze jest to, że takie informacje są na portalach takich jak Nauka w Polsce, finansowanych ze środków Ministerstwa Nauki. W dniu 8.12. ukazał się tam tekst pt. Kobalt z e-papierosów spowodował olbrzymiokomórkowe zapalenie śródmiąższowe płuc. Brzmi groźnie, prawda? Straszliwe e-papierosy, ratuj się kto może. Przeczytajcie ten tekst, sygnowany mat/agt/pmw/ (czyżby autorzy się wstydzili pełnych danych?). Czy gdziekolwiek w nim wspomniano, że pacjent nie używał standardowego nikotynowego e-papierosa, lecz waporyzer służący do inhalowania ekstraktu z marihuany? Oczywiście, że nie. Czy przypomniano o serii zachorowań spowodowanych właśnie inhalowaniem lewych płynów z THC, zawierających też octan tokoferylu? Nie. I wreszcie – co chyba najważniejsze: czy wspomniano, że nawet autorzy oryginalnej publikacji piszą, że jakoś dziwnie nie udało się im w próbkach pobranych z płuc pacjenta znaleźć kobaltu? Także nie. Dlaczego to zostało pominięte? Pozostawię to może jako niedomówienie.
Owszem, w liquidzie stwierdzono obecność kobaltu w ilości 0,6 μg/ml, ale tak naprawdę to niewiele oznacza. Pamiętajmy, że od kilkunastu lat miliony ludzi na świecie używają e-papierosów. Kobalt można w śladowych ilościach wykryć prawie wszędzie. I przez te kilkanaście lat nikt nie zapadł na „kobaltowe płuco” (przypomnijmy, bez kobaltu w płucach). Skąd zatem wniosek autorów, że to kobalt? Z rozbrajającą szczerością przyznają, że to dlatego, że pacjent nie pracował w miejscach ekspozycji na kobalt z innych źródeł, więc zapewne musiał wchłonąć z liquidu.
Jak wiecie, nie jestem lekarzem, oddam więc może pole specjalistom. Prof. Britton uważa, że brak cząstek kobaltu w płucach zamyka sprawę i pozwala tylko na stwierdzenie, że inhalowanie jakichś ekstraktów z konopi może być szkodliwe. Dr Hopkinson dodaje, że ewentualne narażenie na kobalt może wynikać z faktu, że w tych waporyzatorach jest wyższa temperatura grzałki, co może (ale nie musi!) zwiększać ekspozycję na ten metal.
Wiem, że trwa dyskusja specjalistów na ten temat, ale nie zauważyłem, aby ktokolwiek zgadzał się z takim wnioskowaniem, jakie zaprezentowali autorzy artykułu. Smutne jest to, że media od razu podchwytują takie studia przypadków i rozdmuchują je do niebotycznych rozmiarów. Można by jeszcze zrozumieć portale plotkarskie, ale Nauka w Polsce? No ludzie…
A może to wszystko jest związane z etymologią nazwy tego pierwiastka? Słowo kobalt pochodzi od niemieckiego „kobold”, oznaczającego złośliwego gnoma. Czasami jest przedstawiany z fajką – może to jest trop?
Na koniec poważnie: przypominam, że e-papieros to nie jest zabawka ani modny gadżet. Jest to urządzenie przeznaczone dla dorosłych palaczy tytoniu, którzy chcą porzucić palenie. I nikt nie ma prawa pisać, że są bezpieczne – ale wiadomo, że są wielokrotnie mniej szkodliwe niż zwykłe papierosy. Tyle na ten temat.

 
Dodaj komentarz

Opublikował/a w dniu 9 grudnia 2019 w ogólne

 

Tagi: , ,

Rzuć albo umrzyj – dlaczego nie chcą nam pozwolić na trzecie wyjście?

Cały czas trwa wojna z e-papierosami, oskarżanymi niemal o całe zło tego świata (może z wyjątkiem lawin błotnych ziemi w Ameryce Południowej, ale pewnie i to się jakoś da powiązać). Amerykańskie wydarzenia ostatnich kilku miesięcy stały się kolejnym pretekstem do tego, aby ataki na chmurzenie się nasiliły. Bezrefleksyjne media powielają standardowy przekaz o tym, że e-papierosy zabijają. Nieważne, że dotyczy to ludzi używających liquidów kupionych w ciemnej uliczce od ciemnych typów. Nieważne, że te liquidy zawierały prawdopodobnie nieoczyszczony THC, jak też spore ilości octanu tokoferylu oraz pestycydów. Kto by dbał o takie szczegóły. Stare powiedzenie mówi, że jak ktoś chce psa uderzyć, zawsze znajdzie kij. No i oczywiście wszystko odbywa się tradycyjnie pod hasłem: my chcemy chronić dzieci! Dzieci chcemy chronić, nie rozumiecie?
Dobra, media żyją z klikalności, a piszący w nich ludzie (celowo nie używam określenia dziennikarze) żyją z wierszówek. Przerażające jest jednak, gdy dokładnie takim samym językiem posługują się ludzie, którzy teoretycznie powinni chronić nasze zdrowie. Niestety, oni też idealnie wpasowali się w tę nagonkę. Co więcej, posuwają się w swoich komentarzach do szerzenia zwykłych kłamstw. Pierwsze z brzegu: Mateusz Jankowski, przedstawiany jako ekspert Głównego Inspektora Sanitarnego mówi: „Opublikowano szereg prac pokazujących, że używanie e-papierosów zwiększa ryzyko zawału mięśnia sercowego ponad dwukrotnie. W przypadku używania papierosa elektrycznego i papierosa tradycyjnego, czyli tzw. podwójnego palenia, to ryzyko jest pięciokrotnie wyższe”. Rozbierzmy ten przekaz na czynniki pierwsze. „Szereg prac” oznacza tak naprawdę publikację zespołu niesławnego Stantona Glantza, którą poddali analizie m.in. lekarze-kardiolodzy. Przypomnę może, że Glantz ma magisterkę z inżynierii kosmicznej i doktorat z mechaniki stosowanej. Tymczasem jakimś kosmicznym zbiegiem okoliczności siedzi na stołku profesora medycyny. Podsumowanie tej analizy znajdziecie na blogu Clive’a Batesa. Jeśli ktoś nie chce się wgłębiać w ten tekst, napiszę tylko, że Glantz uważa, że e-papierosy spowodowały zawały u osób, które tenże zawał przebyły nawet 10 lat przed tym, zanim zetknęły się z e-papierosami. Ot, taka podróż w czasie, inżynieria zaiste kosmiczna. Ale to absolutnie nie przeszkadza panu Jankowskiemu szerzyć bzdury i straszyć ludzi. Uchowaj nas borze szumiący przed takimi ekspertami!
Tymczasem w Polsce gdzieś w tle znika pojęcie ograniczenia szkód (harm reduction). Jeśli przejrzymy brytyjską literaturę dotyczącą e-papierosów czy też snusu, niemal wszędzie przeczytamy o tym, że na skali niepalący-palacz tytoniu jest sporo miejsca pośrodku. To nie jest kwestia zero-jedynkowa. Świat nie jest czarno-biały, pomiędzy skrajnościami jest sporo odcieni szarości. Zwraca na to uwagę między innymi prof. Andrzej Sobczak w swoim tekście opublikowanym w Medycynie Rodzinnej (PDF w języku polskim i angielskim). Tymczasem nasi spece od zdrowia twardo stoją na stanowisku „rzuć albo umrzyj” (quit or die). Jak długo jeszcze? Dlaczego oni nie przyjmują do wiadomości, że każdy człowiek, który zrezygnuje z palenia tytoniu na rzecz e-papierosów, snusu czy innych produktów, zostaje wyrwany śmierci. Dlatego też ostro walczą z tymi wszystkimi metodami – zakazywać, ograniczać, opodatkowywać, karać. Ciekawe, że odsetek palaczy w Polsce przestał spadać w ostatnich 2,3 latach. Nie wolno reklamować e-papierosów w Polsce? Nie wolno, bo ustawa i dyrektywa. Ale zwyczajnym sqr…twem jest zakaz informowania o różnicach między paleniem i używaniem e-papierosów. Znowu – w jakiejś mgle zniknęło pojęcie świadomego wyboru (informed choice). Jak można świadomie wybierać bez posiadania informacji? Powiedzmy sobie szczerze – to jest niezgodne z podpisaną przez Polskę Powszechną Deklaracją Praw Człowieka, o której wspominała w swoim wpisie Rozchmurzona. Artykuł 19 głosi: Każdy człowiek ma prawo do wolności poglądów i swobodnego ich wyrażania; prawo to obejmuje swobodę posiadania niezależnych poglądów, poszukiwania, otrzymywania i rozpowszechniania informacji i idei wszelkimi środkami, bez względu na granice.
Odcięcie nas od tego prawa to tak naprawdę
zbrodnia na naszym zdrowiu. I doskonale o tym wiecie w Ministerstwie Zdrowia, Inspekcji Sanitarnej i wszelkich organizacjach medycznych, które podobno troszczą się o nasze zdrowie.
Tak przy okazji chciałbym podpowiedzieć tym, którzy korzystają z serwisu Netflix, że można tam obejrzeć ciekawy i całkiem obiektywny film pt. E-dymek, który jest drugim odcinkiem w cyklu „Niebezpieczne produkty”. Co prawda w pierwszej części uderza w ton chyba przesadnie alarmistyczny, jeśli chodzi o „epidemię” chmurzenia wśród młodych w USA, ale za to całkiem obiektywnie komentuje wyważone podejście Wielkiej Brytanii. Sporo w nim prawdy, ale mnie naprawdę powaliło stwierdzenie pana z firmy Philip Morris, Serge’a Maedera, który na pytanie, dlaczego nadal sprzedają zwykłe szkodliwe fajki, mówi: „jeśli my nie będziemy sprzedawać, kto inny będzie”. Mówi dokładnie to samo, co marni dilerzy prochów, którzy w ciemnej uliczce sprzedają swoje wynalazki smarkaczom. Przerażająca logika.

 
4 Komentarze

Opublikował/a w dniu 6 grudnia 2019 w ogólne

 

Tagi: , ,

Substancje psychoaktywne w e-papierosach

Od kilku tygodni mamy w mediach kampanię wymierzoną w e-papierosy. Ministerstwo zdrowia, inspekcja sanitarna, policja – wszyscy dmą w jedną trąbę. Przekaz jest klasyczny – trzeba chronić dzieci, bo one w tych e-papierosach mają narkotyki. Ostatnio w mediach bardzo popularny jest duet Pinkas & Ciarka. Pierwszy to Główny Inspektor Sanitarny, natomiast drugi jest rzecznikiem prasowym Komendy Głównej Policji. Autorytety (przynajmniej teoretycznie).
Na konferencji prasowej pan Pinkas opowiadał o substancjach psychoaktywnych stosowanych w e-papierosach. „E-papierosy są także używane jako urządzenia do inhalacji substancjami psychoaktywnymi. Wskazał, że w literaturze naukowej istnieje szereg dowodów wskazujących na przypadki użycia e-papierosa do inhalacji substancji takich jak: THC/CBD, syntetyczne katynony (np. mefedron), kokaina, metamfetamina, MDA, MDMA, GHB, heroina, fentanyl.”
Przeanalizujmy tę informację. To prawda, że e-papierosów można używać z rozmaitymi dodatkami, w tym także nielegalnymi substancjami psychoaktywnymi. W szklance można mieć herbatę, wódkę albo metanol. Czy to znaczy, że szklanki są niebezpieczne? Jedziemy dalej: „w literaturze naukowej istnieje szereg dowodów…” – jasne, że istnieje. Są to tzw. case studies, czyli studia przypadku. Przeglądając bazę PubMed trafimy np. na opis przypadku mężczyzny, który założył się, że połknie łyżkę. Udało mu się, ale łyżka utkwiła w przełyku. To by jednak nie był przypadek szczególny, ale facetowi to nie przeszkadzało przez cały rok. Dopiero potem trafił do lekarza i został zoperowany. Czy łyżki są groźne? Inny przypadek to ośmiolatek z Australii, u którego stwierdzono wysoki poziom ołowiu. Okazało się, że w wyrostku robaczkowym chłopaka znaleziono 57 kulek ołowianych używanych do wiatrówki. Ot, zjadł sobie i miał pecha, że w całości nie przeszły przez układ pokarmowy. Czy w związku z tym należy zakazać wiatrówek?
Można znaleźć tysiące takich case studies, ale one nie pozwalają na wyciąganie globalnych wniosków, co właśnie robi pan Pinkas. Nieco dziwne, zważywszy, że jest doktorem habilitowanym medycyny.
„Trzeba chronić nasze dzieci”. Tak, to prawda, koniecznie trzeba je chronić. Wydaje mi się jednak bardzo mało prawdopodobne, aby jacyś małoletni eksperymentowali np. z kokainą dodawaną do liquidu. Czy naprawdę pan Pinkas czy Ciarka nie wiedzą, ile na czarnym rynku kosztuje działka kokainy? Naprawdę jakiegoś nastolatka stać na takie eksperymenty? Osobiście bardzo wątpię. Z tych wszystkich wymienionych na konferencji środków w zasięgu młodzieży zostaje tylko THC, a właściwie nie sam związek, ale raczej klasyczna postać ziela konopi, czyli susz. I mam wrażenie, że jeśli jakiś dzieciak dorwie się do tego, to raczej nie będzie przerabiał na postać płynną, tylko zwyczajnie zapali. Nie wydaje mi się prawdopodobne, aby w zasięgu nieletnich znajdowały się takie związki jako mefedron, heroina czy fentanyl (oraz jego pochodne, które są zakwalifikowane jako dopalacze). Tego naprawdę nie da się kupić w żadnym sklepie czy na rynku. Aha, przypomnę tylko, że na wymienionej liście znajduje się CBD, która to substancja jest w Polsce legalna i nie ma działania psychoaktywnego.
Proszę tylko absolutnie nie wyciągać wniosku, że lekceważę problem. Używanie substancji psychoaktywnych jest zagadnieniem bardzo poważnym – zarówno wśród dorosłych, jak też u dzieci. Rzecz w tym, że opowieści o tym, że głównym zagrożeniem są e-papierosy jako urządzenie, które może dostarczać do organizmu substancje nielegalne jest straszliwym spłycaniem problemu. Jak sobie z tym radzili nieletni zanim na rynku pojawił się e-papieros? Nie było wtedy eksperymentowania z substancjami psychoaktywnymi? Nie wąchali tri i butaprenu (pozdrowienia dla pana marszałka sejmu!)? Nie jedli parkopanu? Nie gotowali kompotu? Oczywiście, że używali tego wszystkiego, a jakby teraz jakoś cuden e-papierosy zniknęły, znaleźliby inne metody. Tego jestem pewien.
No a wy co – zrobiliście konferencję prasową, postraszyliście, znaleźliście winnego w postaci e-papierosa. I co – odfajkowane? Teraz premie, medale, nagrody, wywiady, wizyty w zakładach pracy? A może by tak w końcu podejść do sprawy rzetelnie? Wiem, wiem… jestem niepoprawnym marzycielem.

 
6 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 4 grudnia 2019 w ogólne

 

Tagi: ,

Zarządzanie strachem – idźmy tropem pieniędzy

Dzięki nieocenionym kontaktom nawiązanym na GFN (Global Forum on Nicotine) mam dostęp do wielu niezwykle interesujących materiałów – nie tylko stricte naukowych, ale też takich, które pokazują walkę z chmurzeniem w znacznie szerszym kontekście. Dziś chciałbym napisać bardzo krótko o tym, jak można zarządzać strachem, przy okazji napychając sobie kieszenie kasą.
Dostałem wczoraj raport sporządzony przez Competitive Enterprise Institute (USA) (PDF w jęz. ang.). Jest to organizacja non-profit, której celem jest promocja wolności indywidualnej oraz ograniczenia wpływu rządu na obywateli. Autorką raportu jest Michele Minton, ekspertka w tematach związanych z regulacjami prawnymi dotyczącymi konsumentów, w tym także ograniczenia szkód spowodowanych tytoniem.
Pamiętacie, że często pisałem o tym, że jeśli chcemy dowiedzieć się, co jest siłą napędową pewnych działań władzy, warto prześledzić przepływy pieniędzy. Właśnie tym tropem poszła pani Minton i dzieli się bardzo ciekawymi informacjami.
Kto w USA najsilniej walczy z uzależnieniem od tytoniu? Na pierwszy plan wysuwają się organizacje takie, jak American Cancer Society oraz Campaign for Tobacco-Free Kids. To jest dość logiczne – palenie powoduje raka, a dzieci powinno się chronić przed rozpoczynaniem eksperymentów z papierosami. Co do tego nie ma chyba zastrzeżeń. Tu jednak pojawia się inny, bardzo ważny wątek. Te same dwie organizacje wręcz histerycznie reagują na e-papierosy, postrzegając je jako straszliwe zło, które wciąga młodzież, renormalizuje palenie itp. W tę samą trąbę dmuchają agencje rządowe i federalne. Zastanawiające, dlaczego takie szacowne organizacje tak strasznie nienawidzą chmurzenia? Niby tak, ale… idziemy tropem kasy.
I tu pojawia się firma, którą zapewne znacie z produktów higienicznych – Johnson&Johnson, a dokładniej rzecz biorąc Robert Wood Johnson Foundation (RWJF) będąca jedną z organizacji tego giganta. W założeniu największa filantropijna organizacja tego typu na świecie zajmująca się kwestiami zdrowotnymi, dysponująca majątkiem 11 mld $. Skąd bierze się majątek firmy J&J? Ano, między innymi ze sprzedaży znanego wam na pewno produktu o nazwie Nicorette – gum, aerozoli i innych produktów mieszczących się w kategorii nikotynowej terapii zastępczej (NTZ).
I sprawa nam się zaczyna rozjaśniać. Produkty J&J wykazują znacznie mniejszą efektywność we wspomaganiu rzucania palenia niż e-papierosy. Ergo, e-fajki to wróg. Ale oczywiście sama firma J&J nie może wprost wystąpić przeciw chmurzeniu. Robi to w białych (no, teraz może już ubabranych) rękawiczkach. Okazuje się, że w ostatnich latach fundacja RWJF przekazała w formie dotacji (grantów) 150 mln $ dla American Cancer Society, 117 mln $ dla Campaign for Tobacco-Free Kids oraz 99 mln $ dla Smokeless States initiative. Znaczne sumy dotacji płyną do wspominanego u mnie na blogu wielokrotnie Stantona Glantza, który od samego początku prowadzi obsesyjną krucjatę przeciw e-papierosom. Trzeba przyznać, że Glantz jest naprawdę doskonały, jeśli chodzi o zarządzanie strachem. Ma świetne kontakty z mediami i potrafi wymyślać chwytliwe nagłówki dla piszących o tych tematach. Wie dobrze, co robi – każda kolejna faza kampanii jest dla jego zespołu (i zapewne jego samego) źródłem kolejnych grantów i tysięcy, a nawet milionów dolarów na następne akcje.
Ostatnie wydarzenia w USA – ponad 2000 ludzi w szpitalach i 43 zgony były tylko dodatkowym paliwem, które podsycają kampanię. Oczywiście do wspomnianych organizacji popłyną kolejne miliony, bo kto jak kto, ale Big Pharma potrafi się odwdzięczyć za usługi. Kto w tej całej sytuacji przegrywa? My, którzy używamy e-papierosów. Przegrywają też aktualni palacze, których działania Glantza i jemu podobnych odpychają od chmurzenia, pozostawiając w łapach Big Tobacco. Tworzenie atmosfery paniki, strachu, sianie wątpliwości  to bardzo silny mechanizm, dający takie efekty, jakie widzimy choćby ostatnio w Polsce. I jak wyraźnie widać, wcale tu nie chodzi o zdrowie czy też los dzieci – wystarczy iść śladem kasy, aby się o tym przekonać.

 
7 Komentarzy

Opublikował/a w dniu 2 grudnia 2019 w ogólne

 

Tagi: , ,