RSS

Używanie EIN przez ludzi z chorobami współistniejącymi – ciekawa praca z Harvardu

W czasopiśmie American Journal of Preventive Medicine ukazała się kilka dni temu publikacja dotycząca używania EIN przez osoby, które mają jakieś choroby współistniejące. Trzeba przyznać, że jest to bardzo dogłębna analiza, ponieważ objęła ponad 36 tys. osób w 2014 oraz ponad 33 tys. w 2015. Okazuje się, że EIN są znacznie częściej używane przez ludzi, którzy są chorzy na przewlekłe choroby płuc (takie jak np. POChP czy astma) oraz układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe – nie zaobserwowano takiego zjawiska wśród osób chorujących na nowotwory. Autorzy wyciągają z tego następujące wnioski: palacze chorujący na płuca lub serce czują potrzebę zmiany formy nałogu na taką, którą uznają za mniej szkodliwą. Chorzy na nowotwory wychodzą z założenia, że ich los jest i tak przesądzony, więc nie widzą potrzeby dokonywania żadnych zmian. Mówiąc skrótowo, ich filozofia brzmi: już i tak jestem skazany, więc palenie mi niespecjalnie zaszkodzi.
Badacze z Harvard Medical School w Bostonie piszą jednoznacznie, że przejście na EIN może pomóc palaczom chorującym na inne choroby. Dlatego też sugerują, aby lekarze opiekujący się takimi ludźmi dokładnie w każdym przypadku dokonywali analizy potencjalnych korzyści oraz zagrożeń i brać pod uwagę wszelkie sposoby ułatwiające rzucenie (lub choćby ograniczenie) palenia zwykłego tytoniu.
Mój krótki komentarz: cieszę się, że coraz częściej spotykam takie publikacje. Widzę zdecydowaną różnicę w podejściu w stosunku do tego, co pojawiało się jeszcze kilka lat temu. Widać wyraźnie, że lekarze przestają uważać EIN za produkt szatana i zaczynają traktować je za potencjalnego sojusznika w walce z paleniem. Można tylko westchnąć… czy kiedyś i u nas nastąpi taka zmiana?

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
5 komentarzy

Opublikował/a w dniu 24 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Liquidy i dzieci – apeluję o rozwagę!

Dotarła do mnie właśnie kolejna publikacja, w której opisano przypadek zatrucia dziecka nikotyną pochodzącą z liquidu. Nie będę wchodził w szczegóły medyczne, ale warto wiedzieć, co się tam (tzn. dokładnie mówiąc w Korei Południowej) zdarzyło. Otóż, jak głosi tekst artykułu, 15-miesięczna dziewczynka „przypadkowo połknęła 5 ml liquidu o stężeniu nikotyny 10 mg/ml”. Nie wiadomo dokładnie, jak to się stało – jest tam tylko informacja, że liquid został pomylony z lekiem na przeziębienie. Domyślam się, że była to pomyłka osoby dorosłej, bo nie bardzo sobie wyobrażam, że dziecko, które ma trochę ponad rok otwiera buteleczkę LQ i połyka połowę jej zawartości, bo myśli, że to lekarstwo. Prawdą jest, że butelki są dość podobne (w publikacji są zdjęcia), ale… no właśnie – ludzie, trzeba myśleć.
Kto normalny zostawia LQ byle gdzie? Kto normalny nie sprawdza (trzy razy!) lekarstwa, które ma właśnie podać dziecku?
Efektem podania tej ilości nikotyny (50 mg – dawka zabójcza dla dziecka!) były wymioty – to akurat było dobre, bo organizm pozbył się części trucizny. Niestety, chwilę później dziewczynka straciła przytomność i nie było z nią kontaktu. Rodzice zadzwonili po pomoc. Zespół ratowników zastał dziecko z zatrzymaną akcją serca, podjął czynności resuscytacyjne, a dziecko zostało zaintubowane. Po 40 minutach przywrócono pracę serca, ale dziecko nadal nie reagowało na otoczenie. Podano leki podwyższające ciśnienie tętnicze i wykonano skan mózgu, który wykazał silny obrzęk. Badanie EEG ujawniło istotne dysfunkcje mózgu. Podjęto próby intensywnego leczenia, ale były one nieskuteczne.  W 43 dniu pobytu w szpitalu stwierdzona została śmierć mózgowa, a następnego dnia dziewczynkę odłączono od aparatury podtrzymującej życie.

To kolejny przypadek zatrucia dziecka nikotyną z liquidu. Owszem, zdaję sobie sprawę, że są to przypadki rzadkie, a nawet bardzo rzadkie. Ale kolejny raz apeluję – ludzie, pamiętajcie, że liquid to trucizna. Nie może znajdować się w zasięgu rąk dziecka. Odstawiajmy go w jakieś konkretne miejsce umieszczone na tyle wysoko, aby dziecko nie mogło do niego dosięgnąć. Nie bądźmy leniwi – lepiej przejść kilka kroków po buteleczkę niż potem płakać nad czyimś grobem. Stara angielska maksyma mówi „better safe than sorry”. Trzymajmy się tego.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
34 komentarzy

Opublikował/a w dniu 16 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Następna ważna publikacja porównawcza – uwaga hybrydowcy!

Czytam właśnie sobie najświeższą publikację brytyjsko-amerykańskiego zespołu, w którym pracuje m.in. Maciej Goniewicz i chcę się podzielić kilkoma spostrzeżeniami.
Jest to kolejna praca, w ramach której wykonywano badania tzw. markerów, czyli substancji, które wskazują nam pośrednio na obecność w organizmie pewnych związków, które do tegoż organizmu się dostały, takich jak np. nikotyna, nitrozoaminy czy też pochodne karbonylowe. W tym przypadku celem było porównanie tych metabolitów dla kilku różnych grup ludzi – palaczy tytoniu, użytkowników EIN, osób używających nikotynowej terapii zastępczej (NTZ), a także dwóch rodzajów hybrydowców: tytoń/EIN oraz tytoń/NTZ. Ludzie, którzy śledzą od dawna doniesienia naukowe mogą w zasadzie od razu stwierdzić, jak mogą takie wyniki wyglądać, ale jednak solidne dane naukowe mają znaczenie nie do przecenienia.
Czego się można dowiedzieć z tej pracy? Okazuje się, że użytkownicy EIN odchodzą do sprzętu pierwszej generacji oraz tzw. cigalike-ów. Używają go (a precyzyjniej – używali w czasach prowadzenia badań, czyli w 2014 roku) głównie hybrydowcy palący tytoń na zmianę z EIN. Osoby, które są tylko użytkownikami EIN już wtedy preferowali sprzęt znacznie nowszy, trzeciej i czwartej generacji. Z kolei, jeśli chodzi o NTZ, to bardziej popularne były gumy nikotynowe niż plastry. Ale przejdźmy do wyników analiz.
Okazuje się, co było oczywiście do przewidzenia, że osoby używające EIN albo NTZ mieli podobny poziom nikotyny w organizmie. Hybrydowcy mieli poziom wyższy niż dwie poprzednie grupy, podobny do palaczy zwykłego tytoniu. Ważne różnice są natomiast w poziomie TSNA, czyli nitrozoamin pochodzących z tytoniu. Użytkownicy EIN mają ich kilkadziesiąt razy mniej niż palacze tytoniu oraz hybrydowcy. Podobnie się ma rzecz z lotnymi związkami organicznymi (LZO, ang. VOC). Ich poziom u palaczy tytoniu jest od kilkunastu do kilkudziesięciu razy wyższy niż u chmurzących.
Jakie są skrócone wnioski z tego pożytecznego badania? Moi zdaniem bardzo istotne są dwa:
1 – kolejny raz mamy laboratoryjny dowód, że osoby używające EIN wchłaniają zdecydowanie mniej toksyn niż palacze tytoniu.
2 – hybrydowiec niewiele zyskuje, ponieważ w większości przypadków poziom toksyn jest u niego taki, jak u palaczy tytoniu.

Jeśli więc mogę coś podpowiedzieć tym, którzy zaczynają właśnie przygodę z EIN, to tylko to, aby jednak pożegnali się jak najszybciej z paleniem zwykłych papierosów. Użytkowanie hybrydowe jest tak naprawdę oszukiwaniem samych siebie. Uwierzcie, rzucenie palenia nie jest wcale takie trudne, wymaga tylko minimalnej siły charakteru. A zysk zdrowotny jest niepodważalny, wbrew temu, co o tym mówią „eksperci”, którzy o tym wszystkim nie mają zielonego pojęcia.
Na koniec chciałem jeszcze podziękować Maciejowi Goniewiczowi za umożliwienie mi zapoznania się z pełnym tekstem tej pracy.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
18 komentarzy

Opublikował/a w dniu 9 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

WAŻNE! Akcyza – konsultacje unijne

Ten wpis kieruję przede wszystkim do ludzi z branży EIN – importerów, hurtowników, dystrybutorów, ale też do wszystkich, którzy zaopatrują się w sklepach oferujących ten towar.
Niektórzy pamiętają być może wpis z listopada, w którym mówiłem o unijnych konsultacjach dotyczących akcyzy, którą chce nałożyć UE na wyroby związane z chmurzeniem. Wspomniana tam ankieta była opublikowana tylko po angielsku, co ograniczało jej zasięg. Poza tym jest ona dość długa, wypełnienie zajmuje niemal pół godziny.
Ale teraz mamy ułatwienie – Związek Przedsiębiorców i Pracodawców przygotował uproszczoną, polską wersję ankiety, której wypełnienie zajmuje nie więcej niż 5 minut. Nie trzeba niczego więcej poza wypełnieniem robić – to właśnie ZPP zbierze wszystkie wyniki i będzie reprezentować branżę w Unii. Proste, prawda?
Zwracam się więc do wszystkich firm z branży – wypełnijcie tę ankietę. To leży również w Waszym interesie. I zróbcie to bez ociągania się, ponieważ ZPP kończy zbieranie ankiet 10 lutego, aby zdążyć z ich opracowaniem i przekazaniem do Brukseli do dnia 16 lutego.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
5 komentarzy

Opublikował/a w dniu 2 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: , ,

Interpelacja nr 7946 – ustawa antytytoniowa

Jakiś czas temu pani poseł Bożena Henczyca (PO) złożyła w sejmie interpelację dotyczącą EIN, a dokładniej rzecz biorąc,kwestii interpretacji pewnych zapisów ustawy. Trochę to trwało zanim pojawiła się odpowiedź ministerstwa zdrowia. Nie wiem, czy pani poseł jest zadowolona z tej odpowiedzi. Jak dla mnie jest ona totalnie zagmatwana i tak naprawdę nic nie wyjaśnia. Sami zresztą przeczytacie i zinterpretujecie.
Ja chciałem tylko zwrócić uwagę na jedną rzecz, która rzuciła mi się w oczy. Oto pytanie zadane ministerstwu: 9. Czy Liquidy bez nikotyny tzw. „zerówki” mogą być przedmiotem aukcji, mogą być eksponowane i reklamowane?
W odpowiedzi czytamy: Ad. 9. W świetle art. 8 ust 1. ustawy zakaz reklamy odnosi się nie tylko do pojemników zapasowych lub rekwizytów tytoniowych ale także do produktów imitujących te wyroby.
Wygląda na to, że pan minister uznaje, że „zerówki” nie istnieją, lecz są „produktami imitującymi wyroby”. Myślę, że jest to zbyt daleko idąca interpretacja. Podobnie zresztą wygląda sprawa z innym pytaniem: 11. Czy gliceryna, glikol i aromaty do nich mogą być sprzedawane na stronie [tu była nazwa firmy – wyciąłem, bo jeszcze się okaże, że reklamuję 😉 SCh] ?

Odpowiedź: Ad. 11. Sprzedaż gliceryny, glikolu oraz aromatów do tworzenia własnego e-liquidu, który, jak można rozumieć, będzie stanowił pojemnik z płynem zawierającym nikotynę do ponownego napełniania papierosów elektronicznych, w opinii Ministerstwa Zdrowia wypełnia przesłanki złamania zakazu reklamy i promocji w odniesieniu do rekwizytu tytoniowego, którego definicja zawarta została w art. 2 pkt 26 (w części odnoszącej się do przyrządów przeznaczonych do używania papierosów elektronicznych lub pojemników zapasowych).

Wynika z tego, że pan Pinkas kompletnie nie rozumie tego wszystkiego. W pytaniu wcale nie wspomniano o nikotynie, pojawia się ona w odpowiedzi jak przysłowiowy diabeł z pudełka. Z wyjaśnienia ministerstwa wynika, że nie wolno sprzedawać zdalnie glikolu, gliceryny i aromatów. I to też jest moim zdaniem duża nadinterpretacja przepisów ustawy.
Na całe szczęście w odpowiedzi mamy też ostatnie zdanie, mówiące o tym, że jest to tylko stanowisko ministerstwa, które nie stanowi opinii wiążącej. Tak czy inaczej – odpowiedź na tę interpelację zdecydowanie powinna wzbudzić naszą czujność.
Na koniec napomknę tylko, że to chyba ostatnia odpowiedź Pinkasa, ponieważ został zdymisjonowany. Och, jak mi smutno… jak mi przykro… jak mu współczuję.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
14 komentarzy

Opublikował/a w dniu 30 Styczeń 2017 w ogólne

 

Tagi: , ,

Kilka zdań o bezpieczeństwie akumulatorów do EIN

Od jakiegoś czasu możemy w mediach zobaczyć efekty braku ostrożności przy użytkowaniu akumulatorów litowo-jonowych, czyli takich jakie najczęściej są stosowane w EIN. Oczywiście znacząca większość artykułów ma tytuły sformułowane tak, jakby to sam e-fajek był niebezpieczny, mógł eksplodować itp. Tymczasem dotyczy to dowolnego sprzętu zasilanego akumulatorami Li-ion. Wiemy, że wybuchają akumulatory w laptopach, telefonach komórkowych czy zabawkach dziecięcych. Nikt jednak nie tytułuje informacji o takich zdarzeniach tekstami typu: niebezpieczne komórki.
Jak to się dzieje, że akumulatory bardzo efektownie eksplodują? W warunkach normalnej eksploatacji nic złego się nie dzieje, ale jeśli dojdzie do zwarcia, energia zgromadzona w akumulatorze zostaje w sposób gwałtowny uwolniona, czego skutkiem może nawet być wybuch. Ma on miejsce wtedy, gdy temperatura wewnątrz akumulatora wzrośnie powyżej 150 stopni. W takiej sytuacji to wszystko, co jest w środku, staje się niestabilne termicznie i dochodzi do serii niepożądanych reakcji chemicznych, których efektem jest uwolnienie w bardzo krótkim czasie sporych ilości gazów. Nie znajdują one ujścia, a więc rośnie ciśnienie, no a dalszy ciąg można sobie wyobrazić. Jeśli temperatura zdąży wzrosnąć do 500 stopni, wybuch będzie połączony z zapłonem. Efekty można obejrzeć w mediach, w tym na YouTube.
No dobrze – jak w takim razie ustrzec się takich nieszczęść? Wystarczy stosować się do kilku podstawowych rad. Traktujmy akumulatory jako sprzęt, o który musimy dbać. Nie wolno ich nosić ot tak luzem, w kieszeni – razem z kluczami, monetami czy innymi rzeczami metalowymi. Jeśli już nosimy z sobą zapasowe akumulatory, zadbajmy o to, aby były one w jakimś opakowaniu, najlepiej plastikowym. Odżałujmy te kilka złotych, bo późniejszy przeszczep skóry będzie kosztował znacznie więcej. Akumulatory mają zawsze osłonę plastikową. Absolutnie nie wolno jej ściągać. Jeśli osłona w jakiś sposób się uszkodzi, trzeba zadbać, aby to naprawić. W żadnym wypadku nie wolno akumulatorów (ani innych podobnych elementów, np. baterii) ogrzewać. Wiem, że zdarzają się przypadki ludzi bez wyobraźni, którym się wydaje, że w ten sposób akumulator odzyska nieco energii.
Jeszcze jedna istotna sprawa – wielu ludzi bardzo szybko zaczyna eksperymentować z tzw. modami mechanicznymi i grzałkami o bardzo niskiej oporności. Ludzie kochani – jeśli naprawdę nie wiecie, o co w tym wszystkim chodzi, odpuśćcie – w trosce o własne zdrowie. Tymczasem w sieci spotyka się „specuf”, którzy nie rozróżniają woltów od watów, o prawie Ohma uczyli się kiedyś tam w szkole, ale już zapomnieli, nie wiedzą też co to jest moc czy wydajność prądowa ogniwa, ale zabierają się za konstrukcję własnych urządzeń. To pierwszy krok do nieszczęścia. I żeby nie było, że nie ostrzegałem!

Na koniec – pamiętajmy też, aby nie wyrzucać zużytych akumulatorów do zwykłych śmieci. I nie chodzi tu tylko o zanieczyszczenie środowiska, ale o to, że można komuś zrobić krzywdę. W wielu miejscach znajdziemy pojemniki na zużyty sprzęt tego typu – ale i tam wyrzućmy je przynajmniej opakowane w woreczek foliowy.

Jeśli ktoś jest zainteresowany bezpieczeństwem akumulatorów i chciałby się dowiedzieć więcej, polecam zajrzeć na tę stronę. To prawdziwa kopalnia wiedzy o tematach związanych z akumulatorami, bateriami itp.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu 25 Styczeń 2017 w ogólne

 

Tagi:

„To złodziej. I pijak. Bo każdy pijak to złodziej!”

Tytułowy cytat z komedii „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz” jest Wam zapewne znany. Oczywiście w tamtym filmie nie było e-papierosów, ale przypomniał mi się on natychmiast, gdy kilka dni temu czytałem artykuł w Hufiington Post. Jego autorem jest dr Sudip Bose, specjalista medycyny ratunkowej oraz weteran wojenny z Iraku. Odnosi się on w tekście do raportu Naczelnego Lekarza USA, o którym pisałem jakiś czas temu. W omawianym raporcie jest sporo odniesień do używania EIN przez dzieci i młodzież. Ale doktor Bose idzie dalej, znacznie dalej. Pisze o tym, że nikotyna jest jedną z najbardziej uzależniających substancji na Ziemi – oczywiście nie podając żadnych źródeł. W sumie to jeszcze można by było przełknąć, ale… no właśnie. Dalej jest jeszcze gorzej. Szanowny pan doktor weteran wyciąga znacznie mocniejsze wnioski. Zgodnie z tym, co pisze, taki jeden z drugim młodzian wciąga się, uzależnia, od nikotyny przechodzi do innych substancji psychoaktywnych, które są znacznie droższe. W końcu więc potrzebuje coraz więcej kasy na to, co go uzależnia. I po to, aby tę kasę zdobyć, włamują się do domów i kradną, aby potem skradzione rzeczy sprzedać. Rabują ludzi na ulicy, dokonują wielu złych wyborów, aby zaspokoić swoje uzależnienie. No cóż… można pójść jeszcze dalej i napisać o gangach użytkowników EIN mordujących całe rodziny, aby zdobyć pieniądze na liquidy. W końcu, jak mawiają Amerykanie – sky is the limit.
Dalej oczywiście jest jeszcze obrazek niemowlaka, który otwiera buteleczkę z liquidem, wypija go i doznaje mdłości, drgawek oraz paraliżu. Aż dziw, że nie wspomina o śmierci – przecież to logicznie wynika z tego ciągu myślowego. Co ciekawe, pisze też o tym, że zdarza się, że niemowlę może chwycić papierosa i go zacząć jeść – i w tym przypadku jest to mniej szkodliwe. No ludzie… łapy opadają.
Pod artykułem są co prawda odnośniki do kilku źródeł, ale możecie mi uwierzyć – żadne z nich nie uprawnia do wyciągania tak drastycznych wniosków, jakie udało się wymyślić panu doktorowi. Ale – jak swego czasu mawiał klasyk – ciemny lud to kupi. Niestety.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu 19 Styczeń 2017 w ogólne

 

Tagi: ,