RSS

Archiwa tagu: badania naukowe

Zanim znowu będzie histeria medialna, czyli o benzenie

Jak zapewne pamiętacie, mieliśmy już medialne akcje dotyczące formaldehydu, benzaldehydu, wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA) – starałem się zawsze na nie reagować, właśnie zanim rozpęta się histeria medialna. Teraz znowu muszę zrobić ruch wyprzedzający.
Tym razem na tapecie jest benzen w aerozolu. Oczywiście wiadomo, że benzen jest związkiem szkodliwym, a nawet bardzo szkodliwym. Działa on silnie na szpik kostny i może powodować białaczkę albo raka. Wiemy też, że pewne ilości benzenu powstają w trakcie palenia tytoniu. Pamiętajmy jednak o starej zasadzie Paracelsusa – wszystko zależy od dawki. Tyle tytułem wstępu.
Grupa badaczy ze Stanowego Uniwersytetu Portland (stan Oregon) opublikowała pracę dotyczącą tworzenia się benzenu w trakcie chmurzenia. Jako chemik muszę powiedzieć, że praca ta jest ciekawa metodologicznie. Sporo roboty włożono w analizy, podejrzewam, że wydano też dość dużo kasy, ponieważ do badań stosowano znaczone izotopowo związki chemiczne (konkretnie chodzi o izotop C-13), co pozwala na badanie ścieżek reakcji, czyli tego, co z czego powstaje. Szkoda tylko, że zdecydowana większość pary poszła raczej w gwizdek.
Do badań użyto trzech rodzajów EIN: jednym z nich jest mało znany w Polsce JUUL – system zamknięty, bez regulacji napięcia/mocy (pierwotnie znany jako Ploom). Drugim jest dość popularny u nas EVOD, a  trzeciem – także znany Subtank Nano. Jak zwykle nie zamierzam opisywać szczegółów badań chemicznych, zainteresowani mogą sobie zajrzeć do źródła.
Skrótowo napiszę o tym, co zostało zbadane. Otóż autorzy wzięli JUULa, ponieważ z innych badań wynikało, że w ich kartrydżach znajduje się sporo kwasu benzoesowego (nawet do 45 mg/ml), a właśnie z niego może w pewnych warunkach powstawać benzen. Zapuścili automat do chmurzenia, przeanalizowali powstający aerozol. Efekt: ilość powstającego benzenu okazała się być poniżej granicy wykrywalności. Hmm…
No to panowie przerzucili się na klasycznego EVODa i Subtanka, gdzie można manipulować mocą. W warunkach normalnych (moc zalecana – ok. 6 W) znowu nie znaleziono zbyt dużo benzenu. Ale dlaczego nie podkręcić mocy tak, aby coś znaleźć? Jak pomyśleli, tak zrobili i już wtedy mieli „szczęście”. Benzen się pojawił przy mocy 13 W, a jeszcze więcej go było przy 25 W. Ale znowu – kłania się Paracelsus. Konstantinos Farsalinos zadał sobie trud i przeliczył otrzymane wyniki na dawki. No i okazało się, że po to, aby przepuścić przez płuca tyle benzenu ile każdy z nas (w tym oczywiście także niepalący i ci, którzy nie używają EIN) wdycha z otaczającego nas powietrza, musiałby dziennie zużyć ponad 100 ml liquidu. Ludziska, znacie kogoś, kto dałby radę tyle wychmurzyć?
Smutne jest także to, że publikacji towarzyszy też informacja prasowa. To już szczyt manipulacji i hipokryzji. Czytamy tam o tym, jak straszliwy jest ten cały benzen, ale też o tym, że niektóre zasilania mogą nawet osiągać 200 W (w domyśle: no to zastanówcie się, ile tam musi być tego benzenu). Jasne, że mogą tyle osiągać. Mój samochód osiąga spokojnie 205 km/h, ale nie odważyłbym się tego próbować na polskich drogach. Chciałbym zobaczyć kogoś, kto ustawia 200 W i używa tego do ciągłego chmurzenia z grzałką 1,8 Ω.
Reasumując – reakcje, w wyniku których w trakcie chmurzenia powstaje benzen są teoretycznie możliwe. W praktyce – podobnie jak w przypadku formaldehydu – tylko kamikaze, który jest koneserem znanego nam „bobra”, może zasysać ilości benzenu większe niż te, które wdycha z otaczającego go powietrza.
Publikacja ukazała się 8.03, a już 9.03 mamy wysyp „mądrych” tekstów o straszliwym benzenie w mediach angielskojęzycznych. Obawiam się, że w ciągu kilku najbliższych dni pojawią się też i u nas. Dlatego też napisałem ten tekst.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
10 komentarzy

Opublikował/a w dniu 9 Marzec 2017 w ogólne

 

Tagi: , ,

Statystyki dotyczące użycia EIN w Unii Europejskiej

Pod koniec lutego na łamach czasopisma Internal and Emergency Medicine ukazał się artykuł zespołu Konstantinosa Farsalinosa dotyczący rozmaitych danych statystycznych związanych z EIN. Statystyki, na bazie których powstał ten tekst pochodzą z tzw. Eurobarometru. Jest to ciągły projekt unijny, w ramach którego wykonywane są różne badania opinii publicznej, przydatne potem w ustalaniu polityk na wielu płaszczyznach.
W tym przypadku metodologia obejmowała ankiety ustne przeprowadzone w 2014 roku w domach niemal 28 tys. respondentów (w wieku >15 lat) z wszystkich krajów unijnych. Z analizy wyników usunięto respondentów, którzy na pytanie o palenie lub używanie EIN odpowiedzieli „nie wiem” (swoją drogą… ciekawa odpowiedź 😉 ).
Przejdźmy jednak do wyników. Jak się okazuje EIN są używane regularnie przez 1,08% mieszkańców Europy. 93% z nich używa płynów z zawartością nikotyny. Wygląda więc na to, że chmurzący traktują to jako rekreacyjne użycie nikotyny. Bardzo ważną liczbą, którą znajdziemy w danych jest 0,08% – taki jest odsetek ludzi, którzy używają EIN, ale nie są aktualnymi ani byłymi palaczami. Do tego tylko połowa z nich używa liquidów beznikotynowych. Widać więc wyraźnie, że EIN przyciągają tak naprawdę prawie wyłącznie nałogowców.
Ważne dane znajdziemy w tabeli 2 – jak się okazuje, niemal połowa chmurzących rzuciła w ogóle palenie tytoniu. Moim zdaniem to bardzo dobry wynik. Do tego ponad 30% zredukowało liczbę wypalanych papierosów. Tak więc dla ponad 80% badanych EIN są sposobem na odejście lub początek odchodzenia od palenia tytoniu. Farsalinos zauważa też, że palacze, którzy nie zdecydowali się nawet na spróbowanie EIN motywują to niedostateczną wiedzą o nich. Pewna część społeczeństwa uważa je za równie, a nawet bardziej szkodliwe niż palenie tytoniu. Niepokojącym faktem jest to, że odsetek uważających EIN za szkodliwe powoli, ale systematycznie rośnie. Niestety, to jest pokłosie sensacyjnych doniesień medialnych, które doskonale znacie (formaldehyd, popcornowe płuco itp.). Dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie i przedstawianie rzetelnych informacji. Ciekawe są też dane dotyczące wykształcenia chmurzących – okazuje się, że większość z nich legitymuje się wykształceniem średnim i wyższym. Użytkownicy EIN pochodzą raczej z większych miast i ze wsi niż z małych miasteczek (to jest bardzo ciekawe!). Są raczej ludźmi młodymi (15-24), najmniej jest w grupie 55+. No i są to głównie mężczyźni. Ciekawostką może być fakt, że wśród chmurzących łatwiej spotkać singli, rozwodników i wdowców/wdowy niż osoby żyjące w związkach. W artykule można znaleźć więcej korelacji oraz wniosków, ale myślę, że te opisane powyżej dają jakiś dość klarowny obraz społeczności chmurzących.
Badania dotyczące EIN były prowadzone w Europie już wcześniej. Dopiero jednak w 2014 kwestionariusz został skonstruowany w taki sposób, że można z niego wyciągnąć jakieś dane analityczne. Prawdopodobnie niebawem ukażą się dane za kolejne lata. Wtedy będzie można powoli mówić o konkretnych trendach czasowych. Będzie można też wyciągnąć wnioski co do tego, jak wprowadzenie niesławnej dyrektywy wpłynęło na te wszystkie wskaźniki. Może być ciekawie.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
2 komentarzy

Opublikował/a w dniu 8 Marzec 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Używanie EIN przez ludzi z chorobami współistniejącymi – ciekawa praca z Harvardu

W czasopiśmie American Journal of Preventive Medicine ukazała się kilka dni temu publikacja dotycząca używania EIN przez osoby, które mają jakieś choroby współistniejące. Trzeba przyznać, że jest to bardzo dogłębna analiza, ponieważ objęła ponad 36 tys. osób w 2014 oraz ponad 33 tys. w 2015. Okazuje się, że EIN są znacznie częściej używane przez ludzi, którzy są chorzy na przewlekłe choroby płuc (takie jak np. POChP czy astma) oraz układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe – nie zaobserwowano takiego zjawiska wśród osób chorujących na nowotwory. Autorzy wyciągają z tego następujące wnioski: palacze chorujący na płuca lub serce czują potrzebę zmiany formy nałogu na taką, którą uznają za mniej szkodliwą. Chorzy na nowotwory wychodzą z założenia, że ich los jest i tak przesądzony, więc nie widzą potrzeby dokonywania żadnych zmian. Mówiąc skrótowo, ich filozofia brzmi: już i tak jestem skazany, więc palenie mi niespecjalnie zaszkodzi.
Badacze z Harvard Medical School w Bostonie piszą jednoznacznie, że przejście na EIN może pomóc palaczom chorującym na inne choroby. Dlatego też sugerują, aby lekarze opiekujący się takimi ludźmi dokładnie w każdym przypadku dokonywali analizy potencjalnych korzyści oraz zagrożeń i brać pod uwagę wszelkie sposoby ułatwiające rzucenie (lub choćby ograniczenie) palenia zwykłego tytoniu.
Mój krótki komentarz: cieszę się, że coraz częściej spotykam takie publikacje. Widzę zdecydowaną różnicę w podejściu w stosunku do tego, co pojawiało się jeszcze kilka lat temu. Widać wyraźnie, że lekarze przestają uważać EIN za produkt szatana i zaczynają traktować je za potencjalnego sojusznika w walce z paleniem. Można tylko westchnąć… czy kiedyś i u nas nastąpi taka zmiana?

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
5 komentarzy

Opublikował/a w dniu 24 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Następna ważna publikacja porównawcza – uwaga hybrydowcy!

Czytam właśnie sobie najświeższą publikację brytyjsko-amerykańskiego zespołu, w którym pracuje m.in. Maciej Goniewicz i chcę się podzielić kilkoma spostrzeżeniami.
Jest to kolejna praca, w ramach której wykonywano badania tzw. markerów, czyli substancji, które wskazują nam pośrednio na obecność w organizmie pewnych związków, które do tegoż organizmu się dostały, takich jak np. nikotyna, nitrozoaminy czy też pochodne karbonylowe. W tym przypadku celem było porównanie tych metabolitów dla kilku różnych grup ludzi – palaczy tytoniu, użytkowników EIN, osób używających nikotynowej terapii zastępczej (NTZ), a także dwóch rodzajów hybrydowców: tytoń/EIN oraz tytoń/NTZ. Ludzie, którzy śledzą od dawna doniesienia naukowe mogą w zasadzie od razu stwierdzić, jak mogą takie wyniki wyglądać, ale jednak solidne dane naukowe mają znaczenie nie do przecenienia.
Czego się można dowiedzieć z tej pracy? Okazuje się, że użytkownicy EIN odchodzą do sprzętu pierwszej generacji oraz tzw. cigalike-ów. Używają go (a precyzyjniej – używali w czasach prowadzenia badań, czyli w 2014 roku) głównie hybrydowcy palący tytoń na zmianę z EIN. Osoby, które są tylko użytkownikami EIN już wtedy preferowali sprzęt znacznie nowszy, trzeciej i czwartej generacji. Z kolei, jeśli chodzi o NTZ, to bardziej popularne były gumy nikotynowe niż plastry. Ale przejdźmy do wyników analiz.
Okazuje się, co było oczywiście do przewidzenia, że osoby używające EIN albo NTZ mieli podobny poziom nikotyny w organizmie. Hybrydowcy mieli poziom wyższy niż dwie poprzednie grupy, podobny do palaczy zwykłego tytoniu. Ważne różnice są natomiast w poziomie TSNA, czyli nitrozoamin pochodzących z tytoniu. Użytkownicy EIN mają ich kilkadziesiąt razy mniej niż palacze tytoniu oraz hybrydowcy. Podobnie się ma rzecz z lotnymi związkami organicznymi (LZO, ang. VOC). Ich poziom u palaczy tytoniu jest od kilkunastu do kilkudziesięciu razy wyższy niż u chmurzących.
Jakie są skrócone wnioski z tego pożytecznego badania? Moi zdaniem bardzo istotne są dwa:
1 – kolejny raz mamy laboratoryjny dowód, że osoby używające EIN wchłaniają zdecydowanie mniej toksyn niż palacze tytoniu.
2 – hybrydowiec niewiele zyskuje, ponieważ w większości przypadków poziom toksyn jest u niego taki, jak u palaczy tytoniu.

Jeśli więc mogę coś podpowiedzieć tym, którzy zaczynają właśnie przygodę z EIN, to tylko to, aby jednak pożegnali się jak najszybciej z paleniem zwykłych papierosów. Użytkowanie hybrydowe jest tak naprawdę oszukiwaniem samych siebie. Uwierzcie, rzucenie palenia nie jest wcale takie trudne, wymaga tylko minimalnej siły charakteru. A zysk zdrowotny jest niepodważalny, wbrew temu, co o tym mówią „eksperci”, którzy o tym wszystkim nie mają zielonego pojęcia.
Na koniec chciałem jeszcze podziękować Maciejowi Goniewiczowi za umożliwienie mi zapoznania się z pełnym tekstem tej pracy.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
18 komentarzy

Opublikował/a w dniu 9 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Aromaty a płodność, czyli o tym, jak się uprawia „naukę medialną”

No i znowu zaczyna się nakręcanie histerii medialnej. Tym razem na warsztacie są plemniki. Jak donoszą media, „niektóre aromaty pozbawiają szans na posiadanie dzieci”. Brzmi szokująco? Jasne. Jest prawdą? Zdecydowanie wątpię. Ale klikalność rośnie, przeciwnicy EIN piszą „a nie mówiłem!”. I wszystko się kręci jak zwykle. A do tego artykuł okraszono filmem, na którym widać eksplozję akumulatora do EIN. No cóż, to akurat może zaszkodzić na płodność, bo jak w wyniku takiego wypadku facetowi urwie… no, wiadomo, to już raczej nie będzie miał dzieci.
A więc – zanim będzie histeria medialna – parę słów wyjaśnienia. Cała sprawa związana jest z doniesieniem pani dr Helen O’Neill, prezentowanym na British Fertility Conference (Brytyjska Konferencja o Płodności) w Edynburgu. Sprawa jest bardzo świeża, a więc, jak można się domyślać, mamy bardzo mało rzetelnych informacji poza enuncjacjami prasowymi. Pani doktor w rozmowie z mediami określiła swoje wyniki jako szokujące, bo okazało się, że takie aromaty, jak cynamonowy czy też o smaku balonowej gumy do żucia zmniejszają ruchliwość plemników, a także inne istotne parametry wpływające na zdolność do zapłodnienia.
Na portalu Vaping360 znajdziemy artykuł napisany przez Jima McDonalda, w którym próbuje on analizować to, co można znaleźć w mediach. I wygląda na to, że zespół pani O’Neill wykonał bardzo prosty eksperyment – zmieszał na płytce Petriego rozpuszczone w PG aromaty używane w EIN z nasieniem pobranym od 30 mężczyzn i badał ich ruchliwość, dojrzałość i jakieś tam inne parametry. No i wyciągnął wniosek, że przynajmniej niektóre z nich są straszliwie szkodliwe. Kolejnym wnioskiem – uwaga – jest to, że kwestia dopuszczenia konkretnych liquidów powinna być rygorystycznie uregulowana. HA! No to mam jasność.
Czekam na jakieś szczegóły dotyczące tych badań. Jak wykonywano eksperymenty, czy była próbka kontrolna, jakie były stężenia itp. Jakie badania przeprowadzono na myszach, bo i one były testowane przez panią O’Neill. Bez tej wiedzy nie można w żaden sposób tego skomentować. Podobno pod koniec stycznia ma się ukazać jakaś praca. Pożyjemy, zobaczymy.
Tymczasem proponuję na wszelki wypadek zaprzestać wstrzykiwania sobie liquidów w jądra. No bo tak by w realu wyglądało przeniesienie doświadczenia z poziomu in vitro do in vivo, prawda? Czy plemnik naprawdę rozróżni, że aromat pochodzi z EIN czy np. z ciasteczka cynamonowego? Czy naprawdę wszystko, co inhalujemy dociera niezmienione w sensie jakościowym i ilościowym do jąder? No ludzie…
Jak sobie zrobicie przegląd mediów światowych, zobaczycie jak szybko takie wieści się roznoszą. „Shocking!”, Daily Mail, New Zealand Herald, The Sun, The Times… a po weekendzie pewnie i u nas będzie wysyp podobnych tekstów. Zapinamy pasy, będzie jazda.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
17 komentarzy

Opublikował/a w dniu 7 Styczeń 2017 w ogólne

 

Tagi: , , ,

WAŻNE! E-papierosy a młodzież – raport Naczelnego Lekarza USA

Ukazał się właśnie pierwszy w historii raport dotyczący EIN w aspekcie ich używania przez młodzież, wydany przez Naczelnego Lekarza USA (Surgeon General). Dokument (PDF) jest bardzo obszerny, liczy niemal 300 stron. Podejrzewam, że mało komu będzie się chciało przedzierać przez cały tekst. Dlatego też w wersji minimum warto zajrzeć do wersji bardzo skróconej, czyli Fact Sheet. Osobiście jednak sugeruję zapoznanie się z tzw. Executive Summary (też PDF), który liczy sobie niecałe 30 stron i zawiera streszczenie wszystkich rozdziałów oraz wnioski.
Cóż znajdziemy w tym dokumencie? Ano, sporo skomasowanych danych dotyczących zarówno tematu samych EIN, łącznie z historią, jak też omówienie wyników różnorodnych badań dotyczących aspektów zdrowotnych, jak też typowo socjologicznych, związanych konkretnie z młodzieżą. Pan Naczelny Lekarz bije na trwogę, bo młodzież używa EIN. Pomija jednak jedno zjawisko, które zilustrowano na rysunku 2.6 (w pełnym raporcie). Otóż w ciągu wielu lat liczba młodych ludzi palących zwykłe papierosy utrzymywała się na tym samym poziomie kilkunastu procent. W ostatnich latach spadła znacznie – do zaledwie 5%. Oczywistym więc jest, że wielu z tych ludzi przerzuciło się na mniej szkodliwą alternatywę w postaci EIN. Pana Naczelnego szokuje, że niemal 38% młodzieży licealnej przyznało się do tego, że spróbowali EIN. Nie, że używają regularnie, ale że choćby raz się zaciągnęli. Dla mnie to wcale nie jest szokujące – ot, efekt nowości. Zobaczyłem u kumpla gadżet i mówię: daj spróbować. Identycznie jest przecież z alkoholem.
No i w zasadzie cały ten raport to wyciąganie wniosków pod z góry określoną tezę, która jak zawsze brzmi: chrońmy dzieci i młodzież. Znamy to też z naszego podwórka, prawda? Czasem wnioski powstają jakby z powietrza. Czytamy np. EIN mogą potencjalnie być używane jako urządzenie do inhalacji kannabinoidów oraz innych nielegalnych związków. Nie ma żadnych konkretnych badań na ten temat, ale to nie przeszkadza panu Naczelnemu Lekarzowi pisać, że coś się potencjalnie może wydarzyć. A w kieliszku czy kubku można mieć cykutę. Może też zakażemy? Straszenie rozciąga się też na noworodki, bo zgodnie z tym raportem nikotyna w EIN może być odpowiedzialna za zespół nagłej śmierci łóżeczkowej (SIDS). Potencjalnie, oczywiście. Nie ma żadnych dowodów, ale… dlaczego nie postraszyć.
No i oczywiście pan wiceadmirał (tak, tak – choć nic nie wiadomo o jego służbie na morzu) Vivek Murthy ma propozycje rozwiązań. Też je dobrze znamy. Ostro zakazywać młodym używania EIN. Znacząco podwyższyć ceny i podatki. Wprowadzić pełną kontrolę wszystkiego oraz licencje dla sklepów z EIN. A najśmieszniejsze jest to, że w rozdziale poświęconym celom, w punkcie pierwszym przypomniana jest stara maksyma primum non nocere (po pierwsze: nie szkodzić). Nie wiem, jak Wam, ale mnie wydaje się to chore. Wiem, że młodzi nie powinni używać niczego uzależniającego, ale ostra polityka wobec EIN spowoduje tylko jedno – powrót młodych do palenia tytoniu. Czy im naprawdę o to chodzi? Wszystko na to wskazuje. Big Tobacco trzyma się mocno.
Ten raport otwiera furtkę dla FDA – do tego, aby wprowadzić ostre przepisy federalne, niezależnie od stanowych, które już tu i ówdzie zostały wprowadzone. Oczywiście będzie on też cytowany w innych krajach, obawiam się, że znacznie częściej niż znany nam raport Public Health England.
Jak więc wyraźnie widać, amerykańskich chmurzących też czekają ciężkie czasy. Parę lat temu myślałem, że będzie normalnie. Wyszło jak zawsze. Ale właśnie dlatego musimy się jednoczyć, wspierać na poziomie krajowym i międzynarodowym. Innego wyjścia nie ma. Rozproszeni mamy znacznie mniejsze szanse przetrwania.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
10 komentarzy

Opublikował/a w dniu 9 Grudzień 2016 w ogólne

 

Tagi: , , ,

Wracam do tematu syntetycznej nikotyny

Chciałbym wrócić jeszcze do tematu syntetycznej nikotyny. Pisałem o niej troszkę w lipcu. Wtedy jedna z firm ujawniła, że oferuje nikotynę uzyskiwaną drogą syntezy, ale mieliśmy zdecydowanie za mało informacji.
Impulsem do napisania tego tekstu jest wpis na Ashtray Blog z 1.12. pod wielce znaczącym tytułem „Czy syntetyczna nikotyna może uratować chmurzenie?”. Autor wrzucił tam kilka ciekawych linków, między innymi do patentu firmy, o której pisałem w lipcu, odnoszącego się do syntezy nikotyny. Jest tam dość szczegółowo opisana metoda syntezy – ciekawa dla mnie, jako chemika, dla większości raczej nudna. Rzecz jednak w tym, że jest tam odpowiedź na podstawowe pytanie, które rozważałem już w lipcu. Chodzi o to, czy jest to tzw. enancjomer S nikotyny czy też mieszanina racemiczna izomerów S i R. Nie jest to dywagacja czysto akademicka, bo ma znaczenie dość istotne, ponieważ izomer R (ten nie-naturalny) ma zdecydowanie słabsze działanie na człowieka niż izomer S. No i właśnie z patentu dowiadujemy się, że firma oferuje jednak mieszaninę. Cóż to w praktyce oznacza? Ano tyle, że jeśli ktoś będzie oferował liquid o stężeniu 10 mg/ml, to z punktu widzenia naszego organizmu tak naprawdę możemy go odczuwać jako 5-7 mg/ml. Oczywiście rozdzielenie tej mieszaniny na dwa izomery jest wykonalne, ale wtedy cena jeszcze bardziej rośnie. A syntetyczna nikotyna jest droga, oj droga – kilkanaście razy droższa od tej pochodzenia naturalnego.
Firma twierdzi, że ich nikotyna jest czystsza. No cóż, to akurat może być prawdą, choć niekoniecznie. Nie ma tam zanieczyszczeń typowych dla nikotyny roślinnej, to prawda. Jednak kilkuetapowa synteza też zostawia swoje ślady, tego akurat jestem pewny. Dopóki nie zobaczę konkretnych wyników analiz ostatecznego produktu, nie będę się wypowiadał.
Autor wpisu na Ashtray Blog pyta, czy syntetyczna nikotyna może uratować chmurzenie. I sam odpowiada, że tak naprawdę nie wiadomo, bo trudno powiedzieć, jak się do tego odniesie FDA. Ja natomiast mogę jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie z polskiego punktu widzenia. Otóż nie ma to żadnego znaczenia, skąd pochodzi nikotyna w LQ sprzedawanych w Polsce. To wynika wprost z wiadomej ustawy, gdzie jest mowa o nikotynie, ale absolutnie bez rozróżnienia, z jakiego źródła pochodzi.
Dlatego też uważam, że kwestię używania syntetycznej nikotyny w liquidach trzeba traktować raczej jako ciekawostkę, przynajmniej na obecnym stanie wiedzy i technologii.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
5 komentarzy

Opublikował/a w dniu 2 Grudzień 2016 w ogólne

 

Tagi: , , , ,