RSS

Archiwa tagu: badania naukowe

Kiedyś był formaldehyd, teraz jest benzen – kilka słów o dziwnej publikacji

Dostałem dziś rano namiar na pewną pracę, której tekst dość mocno mnie zaskoczył. „Benzene formation in electronic cigarettes”, bo tak brzmi tytuł oznacza ni mniej ni więcej „Tworzenie benzenu w papierosach elektronicznych”. Na początek może kilka słów o samym bohaterze tej publikacji. Benzen to jeden z najprostszych związków aromatycznych – sześć atomów węgla i tyleż samo atomów wodoru. Jest cieczą o charakterystycznym zapachu, palną, lotną i niebezpieczną. Jest toksyczny, a od jakiegoś czasu uznawany za rakotwórczy. Oddziałuje dość silnie na układ nerwowy, powodując pobudzenie lub depresję.
Ale przejdźmy jednak do samej pracy. Warto powiedzieć, że główny jej autor, pan James Pankow, wsławił się już 2 lata temu niesławną publikacją o formaldehydzie emitowanym z EIN. Praca ta została totalnie skrytykowana. Co więcej, nie przeszła ona wtedy klasycznego procesu „peer review”, czyli recenzji, które są niezbędne, aby tekst był formalną publikacją. Został opublikowany jako tzw. list do redakcji. Przypomnijmy, że ówczesna krytyka dotyczyła fatalnej metodyki badawczej – przegrzewano wtedy atomizery, w zasadzie tylko po to, aby udowodnić, że da się wycisnąć z liquidu formaldehyd. Jest to typowe dla ludzi, którzy robią badania pod założoną tezę – coś, co absolutnie nie popycha nauki do przodu.
Tutaj sytuacja jest nieco inna – okazało się, że w przypadku, gdy używano systemu zamkniętego – JUUL – z fabrycznymi kapsułkami z liquidem, nie znaleziono śladów benzenu. Gdy jednak użyto typowych systemów tank z liquidami opartymi na PG i VG, w aerozolu automagicznie pojawia się benzen. Jeśli przyjrzymy się dokładniej składowi płynów, dowiemy się, że dodawano do nich związków aromatycznych, takich jak kwas benzoesowy, który dość rzadko można znaleźć w liquidach komercyjnych. No ale kwas benzoesowy może zostać przekształcony w benzen, więc dlaczego by nie spróbować. 😉 Problem tylko w tym, że taka reakcja nie ma ŻADNEJ szansy zajść w warunkach spotykanych w EIN.
Ale panowie poszli znacznie dalej – rozrysowali sobie możliwość uzyskania benzenu w reakcji PG z VG, a także z samej gliceryny (patrz rys. 1). Świadomie piszę „rozrysowali”, bo w zasadzie na kartce można napisać i zbilansować dowolną reakcję chemiczną (np. Al + Cu -> Au + Cl). Problem jest tylko z tym, że nie każda z nich może zajść w praktyce. Zastanawiające jest, że autorzy dla poparcia swoich tez cytują inne prace naukowe, w tym np. Conversion of Glycerol to Alkyl-aromatics over Zeolites (tekst w PDF). Wystarczy jednak przeczytać sam tytuł tej pracy, aby zdać sobie sprawę, że do reakcji konwersji niezbędne są zeolity (to takie glinokrzemiany). Ludzie – ktoś z Was słyszał o tym, że w atomizerze stosuje się zeolity? Ja nie. Co więcej, jak się wczytamy w sam tekst, to dowiemy się, że owszem, z gliceryny może powstać benzen, ale… po pierwsze: z wydajnością nie większą niż 1%, a po drugie: do tego niezbędne jest ciśnienie 20 atmosfer(!). Ludziska – ma ktoś ciśnieniowy atomizer z zeolitami? Jeśli ktoś przypadkiem ma, musi pamiętać o corocznym przeglądzie w Urzędzie Dozoru Technicznego, któremu podlegają wszystkie urządzenia ciśnieniowe 😉
Nie mam zielonego pojęcia, jak im się udało wykryć ten benzen, nie zamierzam się za bardzo wgłębiać w szczegóły, bo szkoda mi na to czasu. Wiem natomiast jedno – cała ta praca nie trzyma się przysłowiowej kupy. Włożyli w nią masę roboty, wydali sporo pieniędzy na odczynniki, w tym bardzo drogie znakowane izotopowo. Miało być mądrze, a wyszło jak zawsze u pana Pankowa.
Dziękuję za uwagę.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
4 komentarzy

Opublikował/a w dniu 18 Kwiecień 2017 w ogólne

 

Tagi: , ,

Ratuj się kto może! Nikotyna wykryta w powietrzu!

Dwa tygodnie temu na łamach Nicotine & Tobacco Research ukazała praca zatytułowana „Measuring PM2.5, Ultrafine Particles, Air Nicotine and Wipe Samples Following the Use of Electronic Cigarettes”. W sumie cieszę się, że tego typu prace się ukazują, chociaż nieco mnie zaskakują wnioski, które z otrzymanych wyników wysnuwają autorzy. Ale do rzeczy – eksperyment polegał na wpuszczeniu trzech doświadczonych chmurzących do pomieszczenia (pokój o powierzchni 20 m.kw. o wysokości 2,5 m), w którym mogli oni swobodnie używać EIN. Badano PM2.5 (to zapewne znacie z ostatnich czasów z informacji o smogu – jest to drobna materia zawieszona w powietrzu), UF (to są jeszcze drobniejsze fruwające elementy – o średnicy poniżej 100 nm). W doświadczeniach użyto dwóch rodzajów EIN – jednorazówek oraz wyposażonych w tanki. Niestety, nie mam jeszcze dostępu do pełnego tekstu publikacji, więc nie wiem, jakie konkretnie były to modele.
Okazało się, że tanki generowały ponad 10 razy więcej PM2.5 niż jednorazówki. Co ciekawe – w przypadku UF sytuacja była odwrotna, choć różnice byłe znacznie mniejsze (ok. 25% więcej). Ilość nikotyny w powietrzu w czasie sesji chmurzenia mieściła się w granicach 0,7-1,8 ng/litr. Ilość ta spadała niemal do poziomu tła zaraz po zakończeniu używania EIN.
Badano też odkładanie się nikotyny na ścianach. Okazało się, że jest jej od 200 do 400 ng/m.kw. Na próbkach tkanin znaleziono jej 4-7 μg/m.kw. No i autorzy wyciągają z tego wniosek, że chmurzenie powoduje ekspozycję na nikotynę osób przebywających w tym samym pomieszczeniu, w którym używa się EIN.
No cóż, jest to uprawniony wniosek. Trudno, aby było inaczej. Ale tutaj znowu trzeba przywołać Paracelsusa i jego stwierdzenie, że tylko dawka stanowi o truciźnie. Policzmy więc: jeśli ktoś wejdzie w trakcie chmurzenia do takiego pokoju, to w ciągu godziny przepuści przez płuca ok. 400 litrów powietrza. Może więc przyjąć dawkę 800 ng nikotyny, czyli 0,8 μg. No to teraz porównajmy to z nikotyną w popularnych warzywach – tyle samo nikotyny przyjmiemy jedząc 120 g ziemniaków, 50 g kalafiora czy też zaledwie 8 g (!) bakłażana. No i mamy jasność.
Tak więc myślę, że nie należy wpadać w panikę. Oczywiście starajmy się nie chmurzyć w obecności małych dzieci czy też kobiet w ciąży, ale to już raczej kwestia kultury, a nie twardych wyników chemicznych.

I jeszcze dla przypomnienia: 1 ng = 0,000000001 g, 1 μg = 0,000001 g.
Dziękuję za uwagę.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu 27 Marzec 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Zanim znowu będzie histeria medialna, czyli o benzenie

Jak zapewne pamiętacie, mieliśmy już medialne akcje dotyczące formaldehydu, benzaldehydu, wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA) – starałem się zawsze na nie reagować, właśnie zanim rozpęta się histeria medialna. Teraz znowu muszę zrobić ruch wyprzedzający.
Tym razem na tapecie jest benzen w aerozolu. Oczywiście wiadomo, że benzen jest związkiem szkodliwym, a nawet bardzo szkodliwym. Działa on silnie na szpik kostny i może powodować białaczkę albo raka. Wiemy też, że pewne ilości benzenu powstają w trakcie palenia tytoniu. Pamiętajmy jednak o starej zasadzie Paracelsusa – wszystko zależy od dawki. Tyle tytułem wstępu.
Grupa badaczy ze Stanowego Uniwersytetu Portland (stan Oregon) opublikowała pracę dotyczącą tworzenia się benzenu w trakcie chmurzenia. Jako chemik muszę powiedzieć, że praca ta jest ciekawa metodologicznie. Sporo roboty włożono w analizy, podejrzewam, że wydano też dość dużo kasy, ponieważ do badań stosowano znaczone izotopowo związki chemiczne (konkretnie chodzi o izotop C-13), co pozwala na badanie ścieżek reakcji, czyli tego, co z czego powstaje. Szkoda tylko, że zdecydowana większość pary poszła raczej w gwizdek.
Do badań użyto trzech rodzajów EIN: jednym z nich jest mało znany w Polsce JUUL – system zamknięty, bez regulacji napięcia/mocy (pierwotnie znany jako Ploom). Drugim jest dość popularny u nas EVOD, a  trzeciem – także znany Subtank Nano. Jak zwykle nie zamierzam opisywać szczegółów badań chemicznych, zainteresowani mogą sobie zajrzeć do źródła.
Skrótowo napiszę o tym, co zostało zbadane. Otóż autorzy wzięli JUULa, ponieważ z innych badań wynikało, że w ich kartrydżach znajduje się sporo kwasu benzoesowego (nawet do 45 mg/ml), a właśnie z niego może w pewnych warunkach powstawać benzen. Zapuścili automat do chmurzenia, przeanalizowali powstający aerozol. Efekt: ilość powstającego benzenu okazała się być poniżej granicy wykrywalności. Hmm…
No to panowie przerzucili się na klasycznego EVODa i Subtanka, gdzie można manipulować mocą. W warunkach normalnych (moc zalecana – ok. 6 W) znowu nie znaleziono zbyt dużo benzenu. Ale dlaczego nie podkręcić mocy tak, aby coś znaleźć? Jak pomyśleli, tak zrobili i już wtedy mieli „szczęście”. Benzen się pojawił przy mocy 13 W, a jeszcze więcej go było przy 25 W. Ale znowu – kłania się Paracelsus. Konstantinos Farsalinos zadał sobie trud i przeliczył otrzymane wyniki na dawki. No i okazało się, że po to, aby przepuścić przez płuca tyle benzenu ile każdy z nas (w tym oczywiście także niepalący i ci, którzy nie używają EIN) wdycha z otaczającego nas powietrza, musiałby dziennie zużyć ponad 100 ml liquidu. Ludziska, znacie kogoś, kto dałby radę tyle wychmurzyć?
Smutne jest także to, że publikacji towarzyszy też informacja prasowa. To już szczyt manipulacji i hipokryzji. Czytamy tam o tym, jak straszliwy jest ten cały benzen, ale też o tym, że niektóre zasilania mogą nawet osiągać 200 W (w domyśle: no to zastanówcie się, ile tam musi być tego benzenu). Jasne, że mogą tyle osiągać. Mój samochód osiąga spokojnie 205 km/h, ale nie odważyłbym się tego próbować na polskich drogach. Chciałbym zobaczyć kogoś, kto ustawia 200 W i używa tego do ciągłego chmurzenia z grzałką 1,8 Ω.
Reasumując – reakcje, w wyniku których w trakcie chmurzenia powstaje benzen są teoretycznie możliwe. W praktyce – podobnie jak w przypadku formaldehydu – tylko kamikaze, który jest koneserem znanego nam „bobra”, może zasysać ilości benzenu większe niż te, które wdycha z otaczającego go powietrza.
Publikacja ukazała się 8.03, a już 9.03 mamy wysyp „mądrych” tekstów o straszliwym benzenie w mediach angielskojęzycznych. Obawiam się, że w ciągu kilku najbliższych dni pojawią się też i u nas. Dlatego też napisałem ten tekst.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
10 komentarzy

Opublikował/a w dniu 9 Marzec 2017 w ogólne

 

Tagi: , ,

Statystyki dotyczące użycia EIN w Unii Europejskiej

Pod koniec lutego na łamach czasopisma Internal and Emergency Medicine ukazał się artykuł zespołu Konstantinosa Farsalinosa dotyczący rozmaitych danych statystycznych związanych z EIN. Statystyki, na bazie których powstał ten tekst pochodzą z tzw. Eurobarometru. Jest to ciągły projekt unijny, w ramach którego wykonywane są różne badania opinii publicznej, przydatne potem w ustalaniu polityk na wielu płaszczyznach.
W tym przypadku metodologia obejmowała ankiety ustne przeprowadzone w 2014 roku w domach niemal 28 tys. respondentów (w wieku >15 lat) z wszystkich krajów unijnych. Z analizy wyników usunięto respondentów, którzy na pytanie o palenie lub używanie EIN odpowiedzieli „nie wiem” (swoją drogą… ciekawa odpowiedź 😉 ).
Przejdźmy jednak do wyników. Jak się okazuje EIN są używane regularnie przez 1,08% mieszkańców Europy. 93% z nich używa płynów z zawartością nikotyny. Wygląda więc na to, że chmurzący traktują to jako rekreacyjne użycie nikotyny. Bardzo ważną liczbą, którą znajdziemy w danych jest 0,08% – taki jest odsetek ludzi, którzy używają EIN, ale nie są aktualnymi ani byłymi palaczami. Do tego tylko połowa z nich używa liquidów beznikotynowych. Widać więc wyraźnie, że EIN przyciągają tak naprawdę prawie wyłącznie nałogowców.
Ważne dane znajdziemy w tabeli 2 – jak się okazuje, niemal połowa chmurzących rzuciła w ogóle palenie tytoniu. Moim zdaniem to bardzo dobry wynik. Do tego ponad 30% zredukowało liczbę wypalanych papierosów. Tak więc dla ponad 80% badanych EIN są sposobem na odejście lub początek odchodzenia od palenia tytoniu. Farsalinos zauważa też, że palacze, którzy nie zdecydowali się nawet na spróbowanie EIN motywują to niedostateczną wiedzą o nich. Pewna część społeczeństwa uważa je za równie, a nawet bardziej szkodliwe niż palenie tytoniu. Niepokojącym faktem jest to, że odsetek uważających EIN za szkodliwe powoli, ale systematycznie rośnie. Niestety, to jest pokłosie sensacyjnych doniesień medialnych, które doskonale znacie (formaldehyd, popcornowe płuco itp.). Dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie i przedstawianie rzetelnych informacji. Ciekawe są też dane dotyczące wykształcenia chmurzących – okazuje się, że większość z nich legitymuje się wykształceniem średnim i wyższym. Użytkownicy EIN pochodzą raczej z większych miast i ze wsi niż z małych miasteczek (to jest bardzo ciekawe!). Są raczej ludźmi młodymi (15-24), najmniej jest w grupie 55+. No i są to głównie mężczyźni. Ciekawostką może być fakt, że wśród chmurzących łatwiej spotkać singli, rozwodników i wdowców/wdowy niż osoby żyjące w związkach. W artykule można znaleźć więcej korelacji oraz wniosków, ale myślę, że te opisane powyżej dają jakiś dość klarowny obraz społeczności chmurzących.
Badania dotyczące EIN były prowadzone w Europie już wcześniej. Dopiero jednak w 2014 kwestionariusz został skonstruowany w taki sposób, że można z niego wyciągnąć jakieś dane analityczne. Prawdopodobnie niebawem ukażą się dane za kolejne lata. Wtedy będzie można powoli mówić o konkretnych trendach czasowych. Będzie można też wyciągnąć wnioski co do tego, jak wprowadzenie niesławnej dyrektywy wpłynęło na te wszystkie wskaźniki. Może być ciekawie.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
2 komentarzy

Opublikował/a w dniu 8 Marzec 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Używanie EIN przez ludzi z chorobami współistniejącymi – ciekawa praca z Harvardu

W czasopiśmie American Journal of Preventive Medicine ukazała się kilka dni temu publikacja dotycząca używania EIN przez osoby, które mają jakieś choroby współistniejące. Trzeba przyznać, że jest to bardzo dogłębna analiza, ponieważ objęła ponad 36 tys. osób w 2014 oraz ponad 33 tys. w 2015. Okazuje się, że EIN są znacznie częściej używane przez ludzi, którzy są chorzy na przewlekłe choroby płuc (takie jak np. POChP czy astma) oraz układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe – nie zaobserwowano takiego zjawiska wśród osób chorujących na nowotwory. Autorzy wyciągają z tego następujące wnioski: palacze chorujący na płuca lub serce czują potrzebę zmiany formy nałogu na taką, którą uznają za mniej szkodliwą. Chorzy na nowotwory wychodzą z założenia, że ich los jest i tak przesądzony, więc nie widzą potrzeby dokonywania żadnych zmian. Mówiąc skrótowo, ich filozofia brzmi: już i tak jestem skazany, więc palenie mi niespecjalnie zaszkodzi.
Badacze z Harvard Medical School w Bostonie piszą jednoznacznie, że przejście na EIN może pomóc palaczom chorującym na inne choroby. Dlatego też sugerują, aby lekarze opiekujący się takimi ludźmi dokładnie w każdym przypadku dokonywali analizy potencjalnych korzyści oraz zagrożeń i brać pod uwagę wszelkie sposoby ułatwiające rzucenie (lub choćby ograniczenie) palenia zwykłego tytoniu.
Mój krótki komentarz: cieszę się, że coraz częściej spotykam takie publikacje. Widzę zdecydowaną różnicę w podejściu w stosunku do tego, co pojawiało się jeszcze kilka lat temu. Widać wyraźnie, że lekarze przestają uważać EIN za produkt szatana i zaczynają traktować je za potencjalnego sojusznika w walce z paleniem. Można tylko westchnąć… czy kiedyś i u nas nastąpi taka zmiana?

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
5 komentarzy

Opublikował/a w dniu 24 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Następna ważna publikacja porównawcza – uwaga hybrydowcy!

Czytam właśnie sobie najświeższą publikację brytyjsko-amerykańskiego zespołu, w którym pracuje m.in. Maciej Goniewicz i chcę się podzielić kilkoma spostrzeżeniami.
Jest to kolejna praca, w ramach której wykonywano badania tzw. markerów, czyli substancji, które wskazują nam pośrednio na obecność w organizmie pewnych związków, które do tegoż organizmu się dostały, takich jak np. nikotyna, nitrozoaminy czy też pochodne karbonylowe. W tym przypadku celem było porównanie tych metabolitów dla kilku różnych grup ludzi – palaczy tytoniu, użytkowników EIN, osób używających nikotynowej terapii zastępczej (NTZ), a także dwóch rodzajów hybrydowców: tytoń/EIN oraz tytoń/NTZ. Ludzie, którzy śledzą od dawna doniesienia naukowe mogą w zasadzie od razu stwierdzić, jak mogą takie wyniki wyglądać, ale jednak solidne dane naukowe mają znaczenie nie do przecenienia.
Czego się można dowiedzieć z tej pracy? Okazuje się, że użytkownicy EIN odchodzą do sprzętu pierwszej generacji oraz tzw. cigalike-ów. Używają go (a precyzyjniej – używali w czasach prowadzenia badań, czyli w 2014 roku) głównie hybrydowcy palący tytoń na zmianę z EIN. Osoby, które są tylko użytkownikami EIN już wtedy preferowali sprzęt znacznie nowszy, trzeciej i czwartej generacji. Z kolei, jeśli chodzi o NTZ, to bardziej popularne były gumy nikotynowe niż plastry. Ale przejdźmy do wyników analiz.
Okazuje się, co było oczywiście do przewidzenia, że osoby używające EIN albo NTZ mieli podobny poziom nikotyny w organizmie. Hybrydowcy mieli poziom wyższy niż dwie poprzednie grupy, podobny do palaczy zwykłego tytoniu. Ważne różnice są natomiast w poziomie TSNA, czyli nitrozoamin pochodzących z tytoniu. Użytkownicy EIN mają ich kilkadziesiąt razy mniej niż palacze tytoniu oraz hybrydowcy. Podobnie się ma rzecz z lotnymi związkami organicznymi (LZO, ang. VOC). Ich poziom u palaczy tytoniu jest od kilkunastu do kilkudziesięciu razy wyższy niż u chmurzących.
Jakie są skrócone wnioski z tego pożytecznego badania? Moi zdaniem bardzo istotne są dwa:
1 – kolejny raz mamy laboratoryjny dowód, że osoby używające EIN wchłaniają zdecydowanie mniej toksyn niż palacze tytoniu.
2 – hybrydowiec niewiele zyskuje, ponieważ w większości przypadków poziom toksyn jest u niego taki, jak u palaczy tytoniu.

Jeśli więc mogę coś podpowiedzieć tym, którzy zaczynają właśnie przygodę z EIN, to tylko to, aby jednak pożegnali się jak najszybciej z paleniem zwykłych papierosów. Użytkowanie hybrydowe jest tak naprawdę oszukiwaniem samych siebie. Uwierzcie, rzucenie palenia nie jest wcale takie trudne, wymaga tylko minimalnej siły charakteru. A zysk zdrowotny jest niepodważalny, wbrew temu, co o tym mówią „eksperci”, którzy o tym wszystkim nie mają zielonego pojęcia.
Na koniec chciałem jeszcze podziękować Maciejowi Goniewiczowi za umożliwienie mi zapoznania się z pełnym tekstem tej pracy.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
18 komentarzy

Opublikował/a w dniu 9 Luty 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Aromaty a płodność, czyli o tym, jak się uprawia „naukę medialną”

No i znowu zaczyna się nakręcanie histerii medialnej. Tym razem na warsztacie są plemniki. Jak donoszą media, „niektóre aromaty pozbawiają szans na posiadanie dzieci”. Brzmi szokująco? Jasne. Jest prawdą? Zdecydowanie wątpię. Ale klikalność rośnie, przeciwnicy EIN piszą „a nie mówiłem!”. I wszystko się kręci jak zwykle. A do tego artykuł okraszono filmem, na którym widać eksplozję akumulatora do EIN. No cóż, to akurat może zaszkodzić na płodność, bo jak w wyniku takiego wypadku facetowi urwie… no, wiadomo, to już raczej nie będzie miał dzieci.
A więc – zanim będzie histeria medialna – parę słów wyjaśnienia. Cała sprawa związana jest z doniesieniem pani dr Helen O’Neill, prezentowanym na British Fertility Conference (Brytyjska Konferencja o Płodności) w Edynburgu. Sprawa jest bardzo świeża, a więc, jak można się domyślać, mamy bardzo mało rzetelnych informacji poza enuncjacjami prasowymi. Pani doktor w rozmowie z mediami określiła swoje wyniki jako szokujące, bo okazało się, że takie aromaty, jak cynamonowy czy też o smaku balonowej gumy do żucia zmniejszają ruchliwość plemników, a także inne istotne parametry wpływające na zdolność do zapłodnienia.
Na portalu Vaping360 znajdziemy artykuł napisany przez Jima McDonalda, w którym próbuje on analizować to, co można znaleźć w mediach. I wygląda na to, że zespół pani O’Neill wykonał bardzo prosty eksperyment – zmieszał na płytce Petriego rozpuszczone w PG aromaty używane w EIN z nasieniem pobranym od 30 mężczyzn i badał ich ruchliwość, dojrzałość i jakieś tam inne parametry. No i wyciągnął wniosek, że przynajmniej niektóre z nich są straszliwie szkodliwe. Kolejnym wnioskiem – uwaga – jest to, że kwestia dopuszczenia konkretnych liquidów powinna być rygorystycznie uregulowana. HA! No to mam jasność.
Czekam na jakieś szczegóły dotyczące tych badań. Jak wykonywano eksperymenty, czy była próbka kontrolna, jakie były stężenia itp. Jakie badania przeprowadzono na myszach, bo i one były testowane przez panią O’Neill. Bez tej wiedzy nie można w żaden sposób tego skomentować. Podobno pod koniec stycznia ma się ukazać jakaś praca. Pożyjemy, zobaczymy.
Tymczasem proponuję na wszelki wypadek zaprzestać wstrzykiwania sobie liquidów w jądra. No bo tak by w realu wyglądało przeniesienie doświadczenia z poziomu in vitro do in vivo, prawda? Czy plemnik naprawdę rozróżni, że aromat pochodzi z EIN czy np. z ciasteczka cynamonowego? Czy naprawdę wszystko, co inhalujemy dociera niezmienione w sensie jakościowym i ilościowym do jąder? No ludzie…
Jak sobie zrobicie przegląd mediów światowych, zobaczycie jak szybko takie wieści się roznoszą. „Shocking!”, Daily Mail, New Zealand Herald, The Sun, The Times… a po weekendzie pewnie i u nas będzie wysyp podobnych tekstów. Zapinamy pasy, będzie jazda.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
17 komentarzy

Opublikował/a w dniu 7 Styczeń 2017 w ogólne

 

Tagi: , , ,