RSS

Archiwa tagu: zdrowie

WAŻNE! Używanie e-papierosów w czasie ciąży i karmienia

Obiecałem napisać kilka słów na temat, który co jakiś czas pojawia się w pytaniach, a mianowicie o tym, co z kobietami w ciąży w aspekcie problemów z rzucaniem palenia. Większość z nas wie, jak ciężko jest rzucić papierosy. Ten sam problem dotyczy oczywiście kobiet w ciąży. I nie przekonuje mnie argument, że jest im łatwiej, bo mają wielką motywację – zdrowie mającego się narodzić dziecka. Owszem, w niektórych przypadkach to działa, ale siła nałogu jest najczęściej zbyt wielka. Niektóre panie próbują używać środków nazywanych nikotynową terapią zastępczą (NTZ), ale niestety ich skuteczność jest nikła. Co więc robić?
Tym właśnie tematem zajęła się ostatnio prof. Linda Bauld z uniwersytetu w Stirling (Wielka Brytania). Linda jest od lat zainteresowana tematem walki z paleniem, a od kilku lat zajmuje się wprost EIN, a przede wszystkim propagowaniem ich jako środka wspomagającego rzucanie palenia tytoniu. I tu właściwie powinienem westchnąć głęboko, bo mam porównanie, jak te sprawy wyglądają w Wielkiej Brytanii, a jak w Polsce. Powiem tylko, że nie ma tam większego problemu z uzyskaniem rządowych grantów naukowych na badania związane z EIN. Wyobrażacie sobie coś takiego u nas?
Ale wracam do tematu. Na GFN Linda przedstawiała prezentację „E-papierosy w trakcie ciąży: co wiemy dzisiaj?”. Myślę, że warto zapoznać się z Jej wykładem – można go znaleźć tutaj w postaci pliku PDF. Streszczę go tutaj w kilku słowach. Palenie ma istotny negatywny wpływ na rozwój płodu, o czym nie trzeba przekonywać. No ale co z samą nikotyną? Jak ona wpływa na dziecko? No i właśnie tabela na slajdzie #6 pokazuje, że stosowanie NRT (plastry, gumy) praktycznie nie ma wpływu na problemy zdrowotne dzieci. Można więc z pewnym stopniem ostrożności stwierdzić, że nikotyna jest w sumie OK. To otwiera furtkę do stosowania innej formy przyjmowania tego alkaloidu, czyli EIN. Z tego właśnie wynika rekomendacja dla osób zajmujących się doradztwem zdrowotnym (slajd 8): informujcie, że istnieją produkty, które nie są zatwierdzone przez władze (u nich MHRA), a więc do końca nie znamy ich efektywności. Poinformujcie ich też, że jest duża szansa, że te produkty są mniej szkodliwe niż palenie tytoniu.
OK, to bardzo ostrożny przekaz. Ale taki przekaz jest – informujcie, że są e-fajki. Mówcie o tym ciężarnym, bo najważniejsze jest to, aby rzuciły palenie. Tylko tyle i aż tyle. A jeszcze w tym roku rozpocznie się duże badanie porównawcze – EIN contra NTZ. Będzie w nich uczestniczyć ponad 1000 ciężarnych, podzielonych na dwie równe grupy. Na wyniki będzie trzeba poczekać, ale ważne, że badania są i będą.
Linda pokazała też ulotkę, która już jest rozprowadzana wśród położnych w Wielkiej Brytanii. Po wykładzie poszedłem dłużej porozmawiać na te tematy. Dowiedziałem się, że ulotka będzie tłumaczona na wiele języków, w tym też na polski (wiadomo dlaczego 😉 ). Poproszono mnie o to, abym skonsultował polską wersję, bo tłumaczyć będzie zapewne ktoś, kto nie jest specem od EIN. No i fajnie. Tylko pozazdrościć ciężarnym w Wielkiej Brytanii. Nie wierzę, że Radziwiłł byłby w stanie taką ulotkę wydać nakładem ministerstwa. Ale zobaczymy, może znajdziemy inne sposoby. Bo przecież to jest walka o zdrowie dzieciaków, a to powinno być poza wszelką dyskusją.
Generalnie przekaz Lindy do polskich dziewczyn ciężarnych jest prosty: rzućcie palenie. Jeśli nie dacie rady zrobić tego bez wspomagania, używajcie NTZ albo EIN – są w zasadzie równocenne. Spytałem Ją też o kwestie związane z karmieniem piersią. Powiedziała, że jest to sprawa kluczowa dla noworodka, więc można nadal używać EIN, bo ilość nikotyny i jej metabolitów, którą przyjmie dziecko z mlekiem matki jest praktycznie zaniedbywalna i nie będzie miała wpływu na rozwój dziecka. Dodała tylko, aby nie używać EIN w chwili, gdy się karmi – na wszelki wypadek.
Myślę, że to bardzo ważny przekaz. Od dawna dostawałem pytania na ten temat, ale nie chciałem dawać jednoznacznych odpowiedzi, ponieważ brak było podstaw naukowych. Teraz, jak widać, są. Możecie więc tę informację rozpowszechniać.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu 27 czerwca 2017 w ogólne

 

Tagi: , , , ,

O biernym chmurzeniu i formaldehydzie w powietrzu

Spieszę podzielić się dobrymi informacjami, które przybyły właśnie ze słonecznej Kalifornii. Opublikował je 1 maja nieoceniony prof. Michael Siegel, prowadzący bardzo ciekawy blog „The Rest of the Story”.
Są to wyniki badań przeprowadzonych przez kalifornijski Wydział Zdrowia Publicznego. Urzędnicy dokonali pomiarów zawartości kluczowych związków chemicznych w powietrzu jednego z miejscowych sklepów sprzedających m.in. liquidy. Co ważne, próbki pobierano w niewielkim pomieszczeniu pozbawionym dodatkowej wentylacji, a w środku poza kilkoma pracownikami znajdowało się 13 klientów, z których większość w trakcie pobierania próbek właśnie używała EIN. Wyraźnie widoczne były chmury wydmuchiwane w powietrze.
Przejdźmy jednak do wyników, w których – co ciekawe i ważne – jest niewiele liczb. W zasadzie jest jedna liczba – 7,2 ppb – i dotyczy ona do zbadanego poziomu formaldehydu. Odniosę się do niej za chwilę, a teraz kilka innych danych, które prezentuje Michael. Nikotyna? Nie wykryto. Glicydol? Nie wykryto. Acetaldehyd? Nie wykryto. I dokładnie taka sama informacja jest przy ponad 20 innych związkach. NIE WYKRYTO. Po prostu – poziom tych związków jest poniżej progu wykrywalności.
Wróćmy jednak do wykrytego formaldehydu. Najpierw może o jednostce ppb. Parts per billion, czyli części na miliard (1000000000). To taki standardowy sposób wyrażania bardzo niewielkich zawartości różnych substancji. Większość z nas pewnie łatwiej przyswaja procenty (dobra, dobra, bez robaczywych myśli 😉 ). Przeliczając zobaczymy, że 7,2 ppb to 0,00000072%. Mówiąc krótko: bardzo, bardzo niewiele.
No dobrze, ale jak to się ma do poziomu formaldehydu np. w domu? Raport CDC mówi, że w typowym amerykańskim domu poziom ten zawiera się między 40 a 140 ppb. W Arizonie mamy od 17 do 332 ppb. Dużo danych znajdziemy w wytycznych WHO odnośnie do formaldehydu. Niemcy (sypialnie dzieci i młodzieży): 36 ppb. Wielka Brytania (sypialnie): 50 ppb. Japonia: 64 ppb. [UWAGA: w wytycznych są inne jednostki – μg/m^3 – przeliczyłem je na ppb dla formaldehydu].
Zobaczcie, jaki mamy paradoks: aby pooddychać świeższym powietrzem, trzeba wyjść z domu i pójść do sklepu, gdzie chmurzą. No dobra, ktoś powie, ale w domu to formaldehyd się kumuluje. A jak to jest w przestrzeni otwartej? Ano, spójrzmy na dane EPA (Agencji Ochrony Środowiska USA). Średnie stężenia w powietrzu w Stanach Zjednoczonych wynoszą od 11 do 20 ppb. Przypominam – w sklepie było 7,2 ppb!
Co ważne – omawiane badania powietrza w sklepie nie były wykonywane przez producentów ani sprzedawców EIN czy liquidów. Nie były robione przez fanów e-fajek. Wykonali je specjaliści ze stanowego Wydziału Zdrowia Publicznego. Co więcej, badania przeprowadzono w Kalifornii, w której władze są niezbyt przychylne chmurzącym.
To kolejny przykład wyników, które można streścić krótkim stwierdzeniem: bierne chmurzenie nie istnieje! Bzdurą jest wmawianie ludziom, że przebywanie w miejscu, w którym ktoś używa EIN może mieć negatywny wpływ na zdrowie. Nikotyny brak, a formaldehydu jest mniej niż w powietrzu, a znacznie mniej niż mamy w naszych domach.
Niestety, obawiam się, że nie przekona to ustawodawców – ani po tej ani po tamtej stronie oceanu. Ale za to Wy będziecie mieli argumenty, a także będziecie mieć gdzie odsyłać niedowiarków. I to chyba jest najważniejsze.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
20 komentarzy

Opublikował/a w dniu 4 maja 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Kiedyś był formaldehyd, teraz jest benzen – kilka słów o dziwnej publikacji

Dostałem dziś rano namiar na pewną pracę, której tekst dość mocno mnie zaskoczył. „Benzene formation in electronic cigarettes”, bo tak brzmi tytuł oznacza ni mniej ni więcej „Tworzenie benzenu w papierosach elektronicznych”. Na początek może kilka słów o samym bohaterze tej publikacji. Benzen to jeden z najprostszych związków aromatycznych – sześć atomów węgla i tyleż samo atomów wodoru. Jest cieczą o charakterystycznym zapachu, palną, lotną i niebezpieczną. Jest toksyczny, a od jakiegoś czasu uznawany za rakotwórczy. Oddziałuje dość silnie na układ nerwowy, powodując pobudzenie lub depresję.
Ale przejdźmy jednak do samej pracy. Warto powiedzieć, że główny jej autor, pan James Pankow, wsławił się już 2 lata temu niesławną publikacją o formaldehydzie emitowanym z EIN. Praca ta została totalnie skrytykowana. Co więcej, nie przeszła ona wtedy klasycznego procesu „peer review”, czyli recenzji, które są niezbędne, aby tekst był formalną publikacją. Został opublikowany jako tzw. list do redakcji. Przypomnijmy, że ówczesna krytyka dotyczyła fatalnej metodyki badawczej – przegrzewano wtedy atomizery, w zasadzie tylko po to, aby udowodnić, że da się wycisnąć z liquidu formaldehyd. Jest to typowe dla ludzi, którzy robią badania pod założoną tezę – coś, co absolutnie nie popycha nauki do przodu.
Tutaj sytuacja jest nieco inna – okazało się, że w przypadku, gdy używano systemu zamkniętego – JUUL – z fabrycznymi kapsułkami z liquidem, nie znaleziono śladów benzenu. Gdy jednak użyto typowych systemów tank z liquidami opartymi na PG i VG, w aerozolu automagicznie pojawia się benzen. Jeśli przyjrzymy się dokładniej składowi płynów, dowiemy się, że dodawano do nich związków aromatycznych, takich jak kwas benzoesowy, który dość rzadko można znaleźć w liquidach komercyjnych. No ale kwas benzoesowy może zostać przekształcony w benzen, więc dlaczego by nie spróbować. 😉 Problem tylko w tym, że taka reakcja nie ma ŻADNEJ szansy zajść w warunkach spotykanych w EIN.
Ale panowie poszli znacznie dalej – rozrysowali sobie możliwość uzyskania benzenu w reakcji PG z VG, a także z samej gliceryny (patrz rys. 1). Świadomie piszę „rozrysowali”, bo w zasadzie na kartce można napisać i zbilansować dowolną reakcję chemiczną (np. Al + Cu -> Au + Cl). Problem jest tylko z tym, że nie każda z nich może zajść w praktyce. Zastanawiające jest, że autorzy dla poparcia swoich tez cytują inne prace naukowe, w tym np. Conversion of Glycerol to Alkyl-aromatics over Zeolites (tekst w PDF). Wystarczy jednak przeczytać sam tytuł tej pracy, aby zdać sobie sprawę, że do reakcji konwersji niezbędne są zeolity (to takie glinokrzemiany). Ludzie – ktoś z Was słyszał o tym, że w atomizerze stosuje się zeolity? Ja nie. Co więcej, jak się wczytamy w sam tekst, to dowiemy się, że owszem, z gliceryny może powstać benzen, ale… po pierwsze: z wydajnością nie większą niż 1%, a po drugie: do tego niezbędne jest ciśnienie 20 atmosfer(!). Ludziska – ma ktoś ciśnieniowy atomizer z zeolitami? Jeśli ktoś przypadkiem ma, musi pamiętać o corocznym przeglądzie w Urzędzie Dozoru Technicznego, któremu podlegają wszystkie urządzenia ciśnieniowe 😉
Nie mam zielonego pojęcia, jak im się udało wykryć ten benzen, nie zamierzam się za bardzo wgłębiać w szczegóły, bo szkoda mi na to czasu. Wiem natomiast jedno – cała ta praca nie trzyma się przysłowiowej kupy. Włożyli w nią masę roboty, wydali sporo pieniędzy na odczynniki, w tym bardzo drogie znakowane izotopowo. Miało być mądrze, a wyszło jak zawsze u pana Pankowa.
Dziękuję za uwagę.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
4 komentarze

Opublikował/a w dniu 18 kwietnia 2017 w ogólne

 

Tagi: , ,

Ratuj się kto może! Nikotyna wykryta w powietrzu!

Dwa tygodnie temu na łamach Nicotine & Tobacco Research ukazała praca zatytułowana „Measuring PM2.5, Ultrafine Particles, Air Nicotine and Wipe Samples Following the Use of Electronic Cigarettes”. W sumie cieszę się, że tego typu prace się ukazują, chociaż nieco mnie zaskakują wnioski, które z otrzymanych wyników wysnuwają autorzy. Ale do rzeczy – eksperyment polegał na wpuszczeniu trzech doświadczonych chmurzących do pomieszczenia (pokój o powierzchni 20 m.kw. o wysokości 2,5 m), w którym mogli oni swobodnie używać EIN. Badano PM2.5 (to zapewne znacie z ostatnich czasów z informacji o smogu – jest to drobna materia zawieszona w powietrzu), UF (to są jeszcze drobniejsze fruwające elementy – o średnicy poniżej 100 nm). W doświadczeniach użyto dwóch rodzajów EIN – jednorazówek oraz wyposażonych w tanki. Niestety, nie mam jeszcze dostępu do pełnego tekstu publikacji, więc nie wiem, jakie konkretnie były to modele.
Okazało się, że tanki generowały ponad 10 razy więcej PM2.5 niż jednorazówki. Co ciekawe – w przypadku UF sytuacja była odwrotna, choć różnice byłe znacznie mniejsze (ok. 25% więcej). Ilość nikotyny w powietrzu w czasie sesji chmurzenia mieściła się w granicach 0,7-1,8 ng/litr. Ilość ta spadała niemal do poziomu tła zaraz po zakończeniu używania EIN.
Badano też odkładanie się nikotyny na ścianach. Okazało się, że jest jej od 200 do 400 ng/m.kw. Na próbkach tkanin znaleziono jej 4-7 μg/m.kw. No i autorzy wyciągają z tego wniosek, że chmurzenie powoduje ekspozycję na nikotynę osób przebywających w tym samym pomieszczeniu, w którym używa się EIN.
No cóż, jest to uprawniony wniosek. Trudno, aby było inaczej. Ale tutaj znowu trzeba przywołać Paracelsusa i jego stwierdzenie, że tylko dawka stanowi o truciźnie. Policzmy więc: jeśli ktoś wejdzie w trakcie chmurzenia do takiego pokoju, to w ciągu godziny przepuści przez płuca ok. 400 litrów powietrza. Może więc przyjąć dawkę 800 ng nikotyny, czyli 0,8 μg. No to teraz porównajmy to z nikotyną w popularnych warzywach – tyle samo nikotyny przyjmiemy jedząc 120 g ziemniaków, 50 g kalafiora czy też zaledwie 8 g (!) bakłażana. No i mamy jasność.
Tak więc myślę, że nie należy wpadać w panikę. Oczywiście starajmy się nie chmurzyć w obecności małych dzieci czy też kobiet w ciąży, ale to już raczej kwestia kultury, a nie twardych wyników chemicznych.

I jeszcze dla przypomnienia: 1 ng = 0,000000001 g, 1 μg = 0,000001 g.
Dziękuję za uwagę.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
9 komentarzy

Opublikował/a w dniu 27 marca 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Zanim znowu będzie histeria medialna, czyli o benzenie

Jak zapewne pamiętacie, mieliśmy już medialne akcje dotyczące formaldehydu, benzaldehydu, wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych (WWA) – starałem się zawsze na nie reagować, właśnie zanim rozpęta się histeria medialna. Teraz znowu muszę zrobić ruch wyprzedzający.
Tym razem na tapecie jest benzen w aerozolu. Oczywiście wiadomo, że benzen jest związkiem szkodliwym, a nawet bardzo szkodliwym. Działa on silnie na szpik kostny i może powodować białaczkę albo raka. Wiemy też, że pewne ilości benzenu powstają w trakcie palenia tytoniu. Pamiętajmy jednak o starej zasadzie Paracelsusa – wszystko zależy od dawki. Tyle tytułem wstępu.
Grupa badaczy ze Stanowego Uniwersytetu Portland (stan Oregon) opublikowała pracę dotyczącą tworzenia się benzenu w trakcie chmurzenia. Jako chemik muszę powiedzieć, że praca ta jest ciekawa metodologicznie. Sporo roboty włożono w analizy, podejrzewam, że wydano też dość dużo kasy, ponieważ do badań stosowano znaczone izotopowo związki chemiczne (konkretnie chodzi o izotop C-13), co pozwala na badanie ścieżek reakcji, czyli tego, co z czego powstaje. Szkoda tylko, że zdecydowana większość pary poszła raczej w gwizdek.
Do badań użyto trzech rodzajów EIN: jednym z nich jest mało znany w Polsce JUUL – system zamknięty, bez regulacji napięcia/mocy (pierwotnie znany jako Ploom). Drugim jest dość popularny u nas EVOD, a  trzeciem – także znany Subtank Nano. Jak zwykle nie zamierzam opisywać szczegółów badań chemicznych, zainteresowani mogą sobie zajrzeć do źródła.
Skrótowo napiszę o tym, co zostało zbadane. Otóż autorzy wzięli JUULa, ponieważ z innych badań wynikało, że w ich kartrydżach znajduje się sporo kwasu benzoesowego (nawet do 45 mg/ml), a właśnie z niego może w pewnych warunkach powstawać benzen. Zapuścili automat do chmurzenia, przeanalizowali powstający aerozol. Efekt: ilość powstającego benzenu okazała się być poniżej granicy wykrywalności. Hmm…
No to panowie przerzucili się na klasycznego EVODa i Subtanka, gdzie można manipulować mocą. W warunkach normalnych (moc zalecana – ok. 6 W) znowu nie znaleziono zbyt dużo benzenu. Ale dlaczego nie podkręcić mocy tak, aby coś znaleźć? Jak pomyśleli, tak zrobili i już wtedy mieli „szczęście”. Benzen się pojawił przy mocy 13 W, a jeszcze więcej go było przy 25 W. Ale znowu – kłania się Paracelsus. Konstantinos Farsalinos zadał sobie trud i przeliczył otrzymane wyniki na dawki. No i okazało się, że po to, aby przepuścić przez płuca tyle benzenu ile każdy z nas (w tym oczywiście także niepalący i ci, którzy nie używają EIN) wdycha z otaczającego nas powietrza, musiałby dziennie zużyć ponad 100 ml liquidu. Ludziska, znacie kogoś, kto dałby radę tyle wychmurzyć?
Smutne jest także to, że publikacji towarzyszy też informacja prasowa. To już szczyt manipulacji i hipokryzji. Czytamy tam o tym, jak straszliwy jest ten cały benzen, ale też o tym, że niektóre zasilania mogą nawet osiągać 200 W (w domyśle: no to zastanówcie się, ile tam musi być tego benzenu). Jasne, że mogą tyle osiągać. Mój samochód osiąga spokojnie 205 km/h, ale nie odważyłbym się tego próbować na polskich drogach. Chciałbym zobaczyć kogoś, kto ustawia 200 W i używa tego do ciągłego chmurzenia z grzałką 1,8 Ω.
Reasumując – reakcje, w wyniku których w trakcie chmurzenia powstaje benzen są teoretycznie możliwe. W praktyce – podobnie jak w przypadku formaldehydu – tylko kamikaze, który jest koneserem znanego nam „bobra”, może zasysać ilości benzenu większe niż te, które wdycha z otaczającego go powietrza.
Publikacja ukazała się 8.03, a już 9.03 mamy wysyp „mądrych” tekstów o straszliwym benzenie w mediach angielskojęzycznych. Obawiam się, że w ciągu kilku najbliższych dni pojawią się też i u nas. Dlatego też napisałem ten tekst.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
10 komentarzy

Opublikował/a w dniu 9 marca 2017 w ogólne

 

Tagi: , ,

Używanie EIN przez ludzi z chorobami współistniejącymi – ciekawa praca z Harvardu

W czasopiśmie American Journal of Preventive Medicine ukazała się kilka dni temu publikacja dotycząca używania EIN przez osoby, które mają jakieś choroby współistniejące. Trzeba przyznać, że jest to bardzo dogłębna analiza, ponieważ objęła ponad 36 tys. osób w 2014 oraz ponad 33 tys. w 2015. Okazuje się, że EIN są znacznie częściej używane przez ludzi, którzy są chorzy na przewlekłe choroby płuc (takie jak np. POChP czy astma) oraz układu sercowo-naczyniowego. Co ciekawe – nie zaobserwowano takiego zjawiska wśród osób chorujących na nowotwory. Autorzy wyciągają z tego następujące wnioski: palacze chorujący na płuca lub serce czują potrzebę zmiany formy nałogu na taką, którą uznają za mniej szkodliwą. Chorzy na nowotwory wychodzą z założenia, że ich los jest i tak przesądzony, więc nie widzą potrzeby dokonywania żadnych zmian. Mówiąc skrótowo, ich filozofia brzmi: już i tak jestem skazany, więc palenie mi niespecjalnie zaszkodzi.
Badacze z Harvard Medical School w Bostonie piszą jednoznacznie, że przejście na EIN może pomóc palaczom chorującym na inne choroby. Dlatego też sugerują, aby lekarze opiekujący się takimi ludźmi dokładnie w każdym przypadku dokonywali analizy potencjalnych korzyści oraz zagrożeń i brać pod uwagę wszelkie sposoby ułatwiające rzucenie (lub choćby ograniczenie) palenia zwykłego tytoniu.
Mój krótki komentarz: cieszę się, że coraz częściej spotykam takie publikacje. Widzę zdecydowaną różnicę w podejściu w stosunku do tego, co pojawiało się jeszcze kilka lat temu. Widać wyraźnie, że lekarze przestają uważać EIN za produkt szatana i zaczynają traktować je za potencjalnego sojusznika w walce z paleniem. Można tylko westchnąć… czy kiedyś i u nas nastąpi taka zmiana?

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
6 komentarzy

Opublikował/a w dniu 24 lutego 2017 w ogólne

 

Tagi: ,

Liquidy i dzieci – apeluję o rozwagę!

Dotarła do mnie właśnie kolejna publikacja, w której opisano przypadek zatrucia dziecka nikotyną pochodzącą z liquidu. Nie będę wchodził w szczegóły medyczne, ale warto wiedzieć, co się tam (tzn. dokładnie mówiąc w Korei Południowej) zdarzyło. Otóż, jak głosi tekst artykułu, 15-miesięczna dziewczynka „przypadkowo połknęła 5 ml liquidu o stężeniu nikotyny 10 mg/ml”. Nie wiadomo dokładnie, jak to się stało – jest tam tylko informacja, że liquid został pomylony z lekiem na przeziębienie. Domyślam się, że była to pomyłka osoby dorosłej, bo nie bardzo sobie wyobrażam, że dziecko, które ma trochę ponad rok otwiera buteleczkę LQ i połyka połowę jej zawartości, bo myśli, że to lekarstwo. Prawdą jest, że butelki są dość podobne (w publikacji są zdjęcia), ale… no właśnie – ludzie, trzeba myśleć.
Kto normalny zostawia LQ byle gdzie? Kto normalny nie sprawdza (trzy razy!) lekarstwa, które ma właśnie podać dziecku?
Efektem podania tej ilości nikotyny (50 mg – dawka zabójcza dla dziecka!) były wymioty – to akurat było dobre, bo organizm pozbył się części trucizny. Niestety, chwilę później dziewczynka straciła przytomność i nie było z nią kontaktu. Rodzice zadzwonili po pomoc. Zespół ratowników zastał dziecko z zatrzymaną akcją serca, podjął czynności resuscytacyjne, a dziecko zostało zaintubowane. Po 40 minutach przywrócono pracę serca, ale dziecko nadal nie reagowało na otoczenie. Podano leki podwyższające ciśnienie tętnicze i wykonano skan mózgu, który wykazał silny obrzęk. Badanie EEG ujawniło istotne dysfunkcje mózgu. Podjęto próby intensywnego leczenia, ale były one nieskuteczne.  W 43 dniu pobytu w szpitalu stwierdzona została śmierć mózgowa, a następnego dnia dziewczynkę odłączono od aparatury podtrzymującej życie.

To kolejny przypadek zatrucia dziecka nikotyną z liquidu. Owszem, zdaję sobie sprawę, że są to przypadki rzadkie, a nawet bardzo rzadkie. Ale kolejny raz apeluję – ludzie, pamiętajcie, że liquid to trucizna. Nie może znajdować się w zasięgu rąk dziecka. Odstawiajmy go w jakieś konkretne miejsce umieszczone na tyle wysoko, aby dziecko nie mogło do niego dosięgnąć. Nie bądźmy leniwi – lepiej przejść kilka kroków po buteleczkę niż potem płakać nad czyimś grobem. Stara angielska maksyma mówi „better safe than sorry”. Trzymajmy się tego.

Ceterum censeo Directiva Tobaccorum delendam esse!
(A poza tym uważam, że Dyrektywa Tytoniowa winna być zniszczona!)

 
37 komentarzy

Opublikował/a w dniu 16 lutego 2017 w ogólne

 

Tagi: ,